22 września 2015

Wyzwanie na 100 dni

Dziś 22 września.
Dzień bez samochodu.
Ostatni dzień lata.
Do końca roku pozostało 100 dni.

Co można zrobić w ciągu 100 dni?
Wyzwanie Chodakowskiej.
Można schudnąć i w sylwestra mieścić się w wymarzoną sukienkę.
Dbać o włosy w określony sposób.
Zmienić swoje nawyki, rzucić nałogi. A nawet kilka, bo podobno 21 dni wystarczy by zmienić swój nawyk. Tylko problem w tym, że jak się jeden dzień z 21 opuści, to trzeba zaczynać od nowa.
Nie warto czekać na nowy rok. Dla niektórych ten już się kończy, przecież za chwilę pójdziemy na cmentarze, Mikołajki, Święta i koniec, jak to mówią. Istnieją wyzwania 30 dniowe, 60 dniowe... Można je zaczynać kiedykolwiek. Nie od poniedziałku, od 1 czy od nowego roku. 100 dniowe wyzwanie przednoworoczne, tak dla sprawdzenia się, bez niepotrzebnych spin, presji nowego roku, presji bycia perfekcyjną.

Będę ćwiczyć. Mam bieganie, rowerek stacjonarny i Mel B. Tym razem nie narzucę sobie sztywnego harmonogramu. Przy obecnym trybie życia nie dam rady włożyć w ramy swojej aktywności. W myśl zasady, że ruch to zdrowie, będę się ruszać, ale tak jak mi akurat pasuje. Stwierdziłam, że nie ma absolutnie żadnego sensu robić czegoś idealnie. Oczywiście trzeba dążyć do ideału, bo do tego chyba większość z nas dąży. Jednak droga do celu nie musi być idealna, zamknięta w ramy i kalendarze. Pracuję na zmiany, mam trójkę dzieci i budowę domu. Tyle ile będę w stanie wyciągnąć, tyle zrobię :) A gdyby mi nie wyszło... To zawsze od nowego roku można próbować :)

Ćwiczenia są moim głównym wyzwaniem, obok mam kilka mniejszych, do których jestem bardziej zmotywowana :) Potrzebuję jednak wsparcia w postaci kalendarza. A w zasadzie, dziennika wdzięczności. Wiem, że może Wam się kojarzyć z "Sekretem" i dziennikiem z tamtej książki jednak tu chodzi o coś zupełnie innego. W moim dzienniku wdzięczności będę dziękować Sobie. Nie Bogu, nie Mocy Wszechświata, nie Losowi za to co mi się w danym dniu przytrafiło. Bo wyzwania, które sobie stawiamy realizujemy My. One same się nie realizują! Codziennie będę dziękować Sobie za to co w danym dniu zrobiłam. Z czego jestem choć odrobinę dumna. Dziennik wdzięczności zakłada wypisanie 10 rzeczy dziennie, za które Sobie jesteśmy wdzięczni. Na początku nie jest łatwo, ale z czasem więcej rzeczy dostrzeżemy :) Stosowałam tą metodę, która działa lepiej niż planowanie sobie dnia, postanowień, listy rzeczy do zrobienia. Tu odczuwamy trochę inny rodzaj presji :) A dziękowanie Sobie motywuje i umacnia nas w postanowieniach. Spróbujcie!
Pozdrawiam i życzę owocnych 100 dni :*

19 września 2015

Wycieczka do Muzeum Rolnictwa w Szreniawie

Z wielkim opóźnieniem, ale jest! Post o naszym wyjeździe do muzeum :)

W ostatnią niedzielę wakacji postanowiłam, że wywlokę wszystkich, choćby za uszy z domu, trochę dalej niż przed niego lub budowę nowego domku. W internecie wpadła mi w oko informacja o niedzielnym wydarzeniu, którego tematem były żniwa w Muzeum Rolnictwa w Szreniawie. Mieliśmy do przemierzenia ok 40 km, w tym przejazd przez Poznań, ale warto było.

Zaskoczyło mnie na wejściu to, że dzieci aż do siódmego roku życia zwiedzają muzeum gratis. Nie zdarza się to zbyt często w Polsce. Miejsce to oferuje całkiem pokaźną ilość eksponatów. Kilkanaście tematycznych, wielkich sal oraz zagród dla zwierząt hodowlanych pozwalają dzieciom jak i dorosłym poznać historię i rozwój wsi, rzemiosła i pracy na roli jak i pierwszych maszyn rolniczych. Te ostatnie są niemałą atrakcją, a z pewnością wbudzą zachwyt i ciekawość chłopców. Wiele pojazdów, od zwykłego wozu po karoce, a sprzętów od kosy po kombajny. Dziewczynom najbardziej podobały się zwierzęta. Piszczały na widok wszelkich ptactw domowych, zwłaszcza kaczek i gęsi. Jednak pan indyk dla Blanki okazał się być przerażający! Nie brakowało też zagród pełnych większych zwierząt, jak krowy, konie czy kozy. Wszystkie dziedziny rolnictwa i przetwórstwa z nim związanego przedstawione bardzo ciekawie, nawet ja, stara już dupa, czegoś się nauczyłam.

Muzeum zajmuje dość rozległy teren, gwarantuję Wam, że w dwie godziny go nie obejdziecie! Można wypożyczyć tam wózek dla dzieci, ale nawet dwuletnie Blanka i Nina to twarde sztuki i lubią chodzić, więc daliśmy radę i bez niego. Po wycieczce można jeszcze się pobawić na placu zabaw, o ile będzie na to siła, akurat moje dzieci na to siłę mają zawsze :) Polecam Wam serdecznie to miejsce, sądzę, że się nie zawiedziecie, a Wasze dzieci wyjdą bogatsze o nową wiedzę.


Ptactwo przydomowe rządziło :D


Tato, jeszcze tutaj!



A kuku!

27 sierpnia 2015

Bo szczęśliwe dziecko, to brudne dziecko!

Mija powoli lato, czas wakacji i beztroski. Beztroski przynajmniej dla naszych pociech. Pogoda sprzyja wszelkim aktywnościom przydomowym jak i trochę dalszym, z czego dzieci umieją czerpać garściami i nie popadają w nudę. Zabawa na dworze, działce czy placu zabaw zwykle zaczyna się niewinnie. Tymczasem dziecko, które wypuściliśmy z domu rano, po kilku godzinach może się zmienić nie do poznania! A nie mam na myśli wcale jego nastroju, charakteru czy zachowania (choć to z pewnością jest największą dzieciową zmienną).

Moim córkom ta sztuka udaje się już po chwili od wyjścia na dwór. Niespełna dwuletnie najsłodsze dzieciaczki stają się Paniami Królestwa Brudu. Mój sześciolatek jest tylko trochę niżej w hierarchii niż siostry. Jak zostać Panem Królestwa Brudu? Iść pokulać się w piaskownicy. Spróbować zjeść kamień lub dwa. Powspinać się na drzewo, z którego cieknie żywica. Kilka razy przenieść wodę w czymkolwiek z punktu A do punktu B. A najlepiej tą wodę z czymś nieustannie mieszać. Chodzić boso. Można też iść na budowę, a tam pełna gama brudnej rozrywki. No i nie ma to jak jedzenie i picie gdzieś pomiędzy pomoczeniem sukienki a wysmarowaniem twarzy błotem. Czy coś jeszcze? Ach, tak! Można skorzystać z pomocy siostry bliźniaczki, czyli brudzenie się wzajemne. Kluczem do sukcesu jest jednak przyzwolenie na robienie powyższych rzeczy Najwyższej Instancji, czyli Rodziców.

Wiem, że co niektórzy się oburzają, kiedy to czytają. Ja pozwalam moim dzieciom na wiele, czasem może i zbyt wiele, ale podświadomie czuję, że to właściwe. Dlaczego miałabym zabraniać dziecku czegoś tylko dlatego, że może się przy tym zwyczajnie ubrudzić? Czy dziecko nie jest szczęśliwsze kiedy nie musi słuchać zrzędzenia matki typu: "nie wchodź tam, bo się ubrudzisz!", " jak ty, do licha wyglądasz?!" itp? Daję dzieciom codziennie taką wolność. To jest warunkiem koniecznym do ich prawidłowego rozwoju. Dla dziecka nie jest ważne to, czy jest brudne czy czyste, ale to, że w danej chwili błotko jest ciekawsze, że można się nim bawić w inny sposób niż piaskiem, że jest mokre i zimne, a czasem brzydko pachnie. Dziecko uczy się bawiąc, poznaje w ten sposób otaczający je świat. Brudzi się przy tym i u nas to całkiem naturalne!

Nie zabraniam brudzenia się = nie ograniczam poznawania świata.

Dziecko musi doświadczać by się czegoś nauczyć. Chodzi boso? Nadepnie na kamień, nauczy się chodzić ostrożnie. Brudzi się jedzeniem? Im częściej tym szybciej nauczy się ładnie jeść samodzielnie. Przykładów jest mnóstwo. Nie tworzyłam nigdy klosza wokół moich dzieci.

Żyjemy w XXI w. Mamy bieżącą wodę do mycia, pralkę i proszki które usuną niemal każde zabrudzenia. O co się więc denerwować? Czegoś raz na jakiś czas nie spiorą? Trudno! Przecież dzieci rosną tak szybko, że za miesiąc zapomnimy o danym ciuszku. Zostawimy na wydanie komuś mówiąc: "przyda Ci się do latania koło domu" tym samym przekazując dalej ideę szczęśliwego, brudnego dziecka. Bo według pewnej tezy dzieci dzielimy na czyste i szczęśliwe :)


Blanka - tu sama obierała i jadła truskawki :) Czyż ten buziak nie jest słodki? 


Odrobina wody... szyszki... piasek... mieszanka idealna :)


A to cała szczęśliwa Nina :) Chyba nie muszę mówić, że to Sudocrem? Na to brudzenie się jednak nie było przyzwolenia Najwyższej Instancji. To syndrom o nazwie "chwila nieuwagi" :)

5 sierpnia 2015

Zdrowe alternatywy! Cz II

W poprzednim poście, który znajdziecie tu opisałam kilka przykładów zdrowych wyborów jakich możecie dokonywać robiąc zakupy i przygotowując potrawy. W moim przypadku trudno było wprowadzić 100% zdrowego jedzenia z dnia na dzień...  Do wielu rzeczy musiałam dojrzeć. Do tego, że jestem w pełni odpowiedzialna za zdrowie swoje i dzieci również. Z tygodnia na tydzień eliminowałam z diety różne rzeczy, zaczynając oczywiście od nadmiernej ilości słodyczy, chipsów, napojów słodzonych. Oczywiście dużo mi brakuje do tego co zamierzam osiągnąć, ale jest zdecydowanie lepiej niż rok czy dwa temu. Poniżej kolejna lista zdrowych alternatyw:

1. Zwykły owocowy jogurt/deser -> jogurt naturalny. Kiedy chcę uzyskać jogurt owocowy po prostu dodaję do niego owoce. Świeże lub z dobrej jakości, a najlepiej domowej konfitury.

2. Smażenie -> pieczenie/patelnia grillowa. Zaczęłam częściej używać mojego piekarnika zwłaszcza do pieczenia ryb, co znacznie skraca "stanie przy garach". Często wrzucam do rękawa mięso, warzywa różnego rodzaju i dobrze przyprawiam, mieszam, a reszta robi się sama :) Polecam patelnie grillowe, a także woki, które pozwalają znacznie ograniczyć tłuszcz. Wiadomo przecież nie od dziś, że smażenie, zwłaszcza długie i na dużej ilości tłuszczu nie jest najzdrowsze.

3. Cukier biały -> cukier trzcinowy/stevia. Bardzo polubiłam smak cukru trzcinowego. Do stevii do końca nie mam przekonania, ale się staram. Wiem, że jeszcze innym naturalnym słodzikiem jest ksylitol, ale... cena robi swoje.

4. Lody sklepowe -> lody domowe i sorbety. Pokusa kupowania lodów na spacerach i zakupach jest olbrzymia i niestety jej ulegam, zwłaszcza teraz. Staram się jednak wypróbowywać różne przepisy na lody domowej roboty.

5. Słone przekąski -> orzechy i bakalie. Wyjątkowo ulegamy... świeżemu popcornowi. Tu przynajmniej widzę, że jest to ziarno kukurydzy :)

6. Ciastka -> Ciastka zbożowe i wafle ryżowe. Zwłaszcza dzieciom bardzo odpowiadają.

7. Kakao słodkie typu Puchatek -> kakao naturalne. To jedna z rzeczy, które zmieniłam niedawno. Wydaje się, że przygotowanie naturalnego kakao jest trudniejsze, ale to nie prawda! A żeby było słodkie, dodaję wspomniany wyżej cukier.

Poza tym, co stało się już niemal obsesyjne, czytam składy produktów. Włos się jeży! Jednak ten nawyk pozwala na wybranie lepszego produktu, a czasem nawet mniejszego zła, jeśli już zdarzy się ochota na coś nieodpowiedniego. Polecam wszystkim świadome robienie zakupów! 

A poniżej domowe lody idealne na upały! Tak proste jak to tylko możliwe: zmiksowany arbuz + zmiksowane kiwi. 100% owoców :) Dzieciom bardzo przypadły do gustu, czego dowodzi poniższy uśmiech:






3 sierpnia 2015

Sterroryzowane matki

Będąc potrójną mamą, w tym mamą bliźniaczek, nie łatwo jest nie oceniać innych matek. To nie jest tak, że ja idę przez swoją drogę wychowawczą i uważam, że ona jest jedynie słuszną i najlepszą. Nie. Nikt nie jest doskonały, a już na pewno doskonale nie wychowuje swoich latorośli. Jednak po kilku latach stykania się w różnych miejscach publicznych z mamami, a dokładniej z ich zachowaniem wobec dzieci, mogę stworzyć długą listę rzeczy jakie mnie wkurzają u innych mam. Zachowania tych matek, dodając do tego konkretne sytuacje, powodują, że z czasem mogą wychować sobie niechcący małego tyrana/terrorystę/despotę. A przynajmniej w niektórych sferach życiowych. Oto trzy przykłady jakie napotkałam podczas urlopu nad morzem, trochę z przymrużeniem oka, a trochę na poważnie.

Sterroryzowane wakacyjne matki:

Przykład 1. Dziecko trzyletnie MUSI zasypiać u mamy na rękach. W dodatku kołysane. Mało tego. MUSI być noszone na każde jego skinienie. MUSI, bo inaczej będzie bardzo niezadowolone. To jest dla Was drogie mamy, bardzo szkodliwe. Wasz kręgosłup ulega w takim wypadku uszkodzeniu. W zależności od stopnia w jaki dałyście sobie wejść na głowę... a raczej na ramiona.

Przykład 2. Dialog. Dziecko około 2,5 roku.
- Chcesz bułkę?
- Nie.
- Chcesz drożdżówkę?
- Nie.
- Ciastko może?
- Nie!
- To gumę? Chcesz?
- Tak.
Znacie to? Ja tego nie trawię. I nie dziwię się temu dziecku, że nie trawi bułki... A co jest bardziej szkodliwe dla dziecka, tak na logikę: burczenie w brzuszku przez trochę dłuższy czas czy mamba? Mamba tylko w przypadku gdyby dziecko nie jadło od trzech dni, ale to chyba się zdarza gdy ktoś zabłądzi na pustyni.

Przykład 3. Dziecko 4 letnie porusza się... w spacerówce. Dla mnie to już coś ekstremalnego! Drogie matki, czy Wasze dzieci nie mają nóg? A może przykład idzie z góry i też przejście się na 3 km spacer to dla Was udręka i wolicie zapakować tyłek w samochód? Już dwulatek potrafi przejść długie odcinki. Wiem to z autopsji. A im dłużej dziecko będzie korzystało z wózka tym większym terrorystą ds chodzenia gdziekolwiek się stanie. Tym częściej usłyszycie np w muzeum "bolą mnie nogi!" zamiast "o! Jakie to fajne mamo!".

Przykłady podejrzewam można mnożyć. Drogie sterroryzowane matki! Macie prawo odmawiać swojemu dziecku. Możecie to zrobić, tylko odpowiednio zawczasu. To jest wychowywanie. To jest stawianie granic. Gdy dziecko wejdzie Wam na głowę, w perspektywie czasu obu stronom przyniesie to niekorzyść. Celowo nie udzielam w tym poście rad. Naświetliłam tylko problem, a wnioski takich postaw musicie wyciągnąć sami :)

17 lipca 2015

Z DZIENNIKA BUDOWY II: stan 0 w miesiąc!

Minął pierwszy miesiąc odkąd wbito łopatę by wykopać fundamenty na naszej działce. W ciągu tego czasu osiągneliśmy stan 0. Tempo wykonawcy jest zawrotne :) W chwili obecnej murowane są ściany, ani się nie obejrzymy a będzie więźba dachowa położona. Coraz bliżej spełnienia naszych marzeń, przełożenia tego co na papierze na rzeczywistość. Tygodnie uciekają nam przez palce. Nie zauważam kiedy z poniedziałku robi się piątek... Przed pracą, po pracy, w weekend, nawet teraz w czasie urlopu... Wciąż mamy coś do załatwienia w związku z tym przedsięwzięciem. Mąż ciągle na budowie, ja ciągle z dziećmi i w dodatku w domu prawie nas nie ma. Sytuacja staje się męcząca, a to dopiero początek... Wiele sytuacji powoduje między nami kłótnie Wszystko mam nadzieję przetrzymamy i będą tu następne części "Dziennika". Bo warto!


Fundamenty. I od razu ma się lepsze wyobrażenie własnego domu :)


Największa piaskownica dla moich Bąbli :)


A tu polewane fundamenty wodą. Przy okazji dzieciaki miały mnóstwo frajdy i ochłodę w upalne dni.


A to stan obecny - murowanie :) Gabi, bardzo entuzjastycznie podchodzi do budowania domu. Tworzy Blance salon: "A tu Ci postawię stolik".





12 lipca 2015

Zdrowe alternatywy! Cz I

Lato zapanowało w naszym kraju. Przyroda szaleje wydając plony coraz większej ilości warzyw i owoców sezonowych. Grzechem byłoby ich nie wykorzystać! Moją misją na ten sezon jest zmienienie złych nawyków żywieniowych mojej rodziny. Staje się to dla mnie priorytetem i jest trudnym wyzwaniem, bo powrót do pracy i mniejsza ilość czasu spowodowały, że wiele złych przyzwyczajeń żywieniowych powróciło do codzienności... Wiele rzeczy już udało mi się zmienić, jednak jeszcze sporo pozostało do zmiany. A skoro jest lato i natura wydaje nam obfitości zdrowego jedzenia, to jest to najlepszy moment by zmieniać menu. A poniżej przedstawiam Wam listę prostych zdrowych wyborów, które już stosuję od dawna:

1. Biały, byle jaki chleb -> chleb pełnoziarnisty, najlepiej z małej piekarni. Z tym u nas nie ma żadnego problemu, mam już swój ulubiony sklepik gdzie można dostać przeróżne pełnowartościowe pieczywo (zresztą nie tylko). Czasem pojawi się u nas chleb biały z supermarketu z braku czasu, ale próbując go przypominam sobie od razu dlaczego wybieram pełnowartościową wersję - po prostu marketowy biały chleb smakuje jak wata!

2. Wody smakowe -> woda mineralna, źródlana. Z wodą nie ma u nas większych problemów. Wszystkie moje dzieci nauczyły się pić czystą wodę od małego.

3. Napoje, soki z kartonu -> kompot lub sok własnej roboty. Z sokiem własnej roboty nie jest łatwo... Właściwie ostatnio popsuła mi się sokowirówka. Jakieś cztery miesiące temu :) Poza tym wolę robić soki zimą. Latem w upał preferuję wodę.

4. Bułka tarta -> otręby owsiane. Otręby doskonale udają kompletnie bezwartościową bułkę tartą :) Rzadko robię mięso w panierce, ale jeśli już mi się zdarzy, to otręby się do tego nadają idealnie.

5. Jajka ze sklepu -> jajka ze wsi, 100% ekologiczne, bo od babci mojego małżonka :) Chyba niczego wyjaśniać nie muszę.

6. Mąka biała (pszenna) -> mąka orkiszowa lub pszenna pełnoziarnista. Mówię tu o mącznych obiadach (naleśniki, gofry, pierogi) i ciastkach z dodatkiem różnych ziaren, otrębów, suszonych owoców itp (ciast ostatnio nie piekę z braku czasu).

7. Ziemniaki -> różnego rodzaju kasze, ryż. W moim przypadku wprowadzenie kasz było nowością, bo z czasów dzieciństwa pamiętam tylko pyry, ryż i makaron.

Dla niektórych z Was, jak i dla mnie to oczywistość, ale może są i tacy, którzy dopiero zaczynają zmieniać swoje nawyki :) Więcej napiszę na ten temat wkrótce :)

13 kwietnia 2015

Kiedy choruje trójka dzieci...

...to ma się wszystkiego dość. Dwa miesiące temu wróciłam do pracy, po dwóch latach "siedzenia w domu" o czym niektórzy z Was już wiedzą. W tym czasie dzieci zaczęły często chorować... Wiosenne przesilenie zdecydowanie im nie posłużyło. Dwa tygodnie temu bliźniaczki przeziębione i lekko kaszlące, z ropiejącymi oczkami trafiły do lekarza. Dostały krople do oczu, na kaszel i jakiś syropek. Przekonałam się, że mogą płakać na żółto-zielono. I ja mogę płakać, że przy powyżej 15 stopniach i pięknym słońcu muszę je trzymać w domu. Przeszło w miarę szybko.

Po Wielkanocy kaszel nasilił się bardzo Blance. Obie w ogóle miały gile do kolan. Postanowiłam nie dawać maludów do żłobka, tylko zawieźć je do Niani. Po drodze Blanka zwymiotowała. Kurtka, fotelik, tapicerka... Szybkie ratowanie się ręcznikami, maludy do Niani, a ja do pracy. Spóźniona. Tylko jak się skupić na pracy, gdy zostawia się chore dziecko? Wyjścia innego nie było :( Na szczęście po trzech godzinach opiekę przejmował Tata. Noc ciężka, kaszel było słychać u każdego potomka. Gabriel zwymiotował i na całe szczęście do ... nocnika. Był pod ręką Taty. Następnego dnia dzieci trafiły do lekarza z Tatą (tak wypadło - ja znowu musiałam być w pracy). Zapalenie oskrzeli. Antybiotyk (grrrr!) i inhalacje. Z apteki w dodatku dwa lekarstwa Tata wykupił zupełnie niepotrzebnie... Były już w domu. Zgroza. Kolejna ciężka noc. Tata postanawia wziąć wolne i siedzieć w domku. Piątkowym rankiem, kiedy myślałam, że jakoś ten ostatni dzień przeżyjemy, Nina zwymiotowała prosto na mnie poranne mleko i dopiero co podane leki... Musiałam wziąć prysznic. Znów dzieci 3 godziny u Niani. Jakby tego było mało w pracy okazało się, że w sobotę muszę jeszcze przyjść... Poszłam.

Teraz Gabrielowi jeszcze nie przechodzi, a Blanka i Nina są niemal wykurowane. Dziś mam wolne. Mam nadzieję, że w końcu ta zła passa minie. Fala choróbsk plus praca na etacie jest jak wojna. Stresu się najadłam co niemiara. Na chorujących dzieciach też się to odbija. Nawet na budżecie domowym. I po tym tygodniu muszę przyznać, że gdybym nie musiała wracać do pracy, gdyby Pan Mąż zarabiał więcej, "siedziałabym w domu" do trzeciego roku życia Bliźniaczek. A przy następnej potrójnej fali wywieszę białą flagę. Wezmę sobie tygodniową opiekę.

8 kwietnia 2015

Z DZIENNIKA BUDOWY I: startujemy!

Ponieważ ten blog jest z założenia "mamowy" to przepraszam z góry wszystkich za ten post, ale teraz budowa domu będzie nierozerwalną częścią mojego życia :) Życia również moich dzieci o czym się już przekonałam. Jest to nasze wspólne marzenie, które realizujemy i którym chcę się odrobinę podzielić.

Droga do tego momentu, w którym obecnie się znajdujemy zajęła nam ROK. Rok powolnego, mozolnego załatwiania wszelkiej papierologi potrzebnej najpierw do kupna działki, potem do kupna projektu i do uzyskania pozwolenia na budowę i kredytu. Wszystko to kosztowało nas sporo czasu i pieniędzy... Przeszliśmy długą drogę, na której spotkało nas kilka przeszkód, które podcinały nam skrzydła, ale daliśmy sobie z nimi radę. 

Gdy w końcu uzyskaliśmy pozwolenie na budowę byliśmy bardzo szczęśliwi, ale wiedzieliśmy, że to dopiero początek... Bez własnych oszczędności wiedzieliśmy, że potrzebny będzie nam kredyt. I szczerze nie wierzyliśmy, że w naszej sytuacji go dostaniemy. Byliśmy przekonani, że trzeba będzie poczekać aż wrócę do pracy, zacząć zarabiać więcej, dać sobie na to jeszcze pół roku, a nawet rok.  Po odrzuceniu dwóch naszych wniosków załamaliśmy się... ale na początku tego roku się udało! I tak oto od marca mamy coś, co według niektórych bardziej spaja małżeństwo niż akt ślubu ;) Kredyt hipoteczny. Po otrzymaniu go poczułam się bardzo ciężka, ale wiem, że było to jedyne wyjście. 

Wszystkie ciepłe dni spędzaliśmy na naszej działce, powstał płot, ławka, stolik, piaskownica dla dzieci... Przyzwyczajaliśmy się do tego miejsca. NASZEGO miejsca na ziemi. Już w głowie planowałam sobie położenie ścieżek, tarasu, huśtawki oraz małego ogródka warzywnego. Zastanawiałam się na co będę mieć widok z okna w kuchni... Czy słońce idealnie oświetli taras podczas letnich dni... I jak bardzo nareszcie będę mogła delektować się ciszą. Tym, że wystarczy wyjść kilka kroków z domu by być blisko natury.

W święta przybyliśmy tam z dzieciakami by mogły zobaczyć wreszcie pierwsze kroki ku realizacji naszych marzeń. Garaż, od którego zaczyna się większość budów w naszym kraju stanął tam w piątek. O 6 rano jechaliśmy tam by przygotować pod niego miejsce. Tego samego dnia pod wieczór został ściągnięty humus na obszarze na jakim stanie nasz dom. Nareszcie na prawdę ruszamy! Widać, że coś się dzieje! Góra ziemi robi na dzieciach wrażenie, kopią, wspinają się, próbują zjeżdżać. Wiem, że to dopiero początek. Wiem ile jeszcze nas czeka całego tego budowania. Ale poczułam w końcu, że nasze marzenia na prawdę się realizują. Że już nie są marzeniami - są celem, który w zaplanowany sposób osiągamy :)


Blanka


Ninka


Nasze MIEJSCE NA ZIEMI

6 kwietnia 2015

Drewniane zabawki od Zajączka!

W tym roku Wielkanoc spędziliśmy tradycyjnie w gronie najbliższych przy zastawionych stołach, czyli po polsku na wypasie. Nie pichciłam nic w tym roku. Nie robiłam porządków by mój dom lśnił. Chyba tylko dlatego, że nikogo nie zapraszałam do nas. Korzystałam z wolnego czasu z dziećmi, którego wciąż mi mało po powrocie do pracy.

Wielkanoc byłaby niczym bez tradycyjnego Zajączka zostawiającego drobne prezenty dzieciom. Gabriel dobrze już zna zabawę w ogrodzie zaraz po świątecznym śniadaniu. Pochowane w różnych zakątkach ogródka słodycze i zabawki czekają by je znalazł. Bliźniaczki uczestniczyły w tym po raz pierwszy. Pamiętam dobrze ten zwyczaj z dzieciństwa. W ogródku mojej babci pochowane głównie słodycze... Szukanie ich zawsze sprawiało mi wielką radość, niemal taką jak otwieranie prezentu pod choinką.

Naszym dzieciom w tym roku postanowiliśmy kupić kilka małych rzeczy. Zawsze byłam zakochana w drewnianych zabawkach, mają w sobie dużo uroku, są naturalne i trwałe. Z Mężem wybraliśmy kilka ciekawych zabawek na allegro, które sami pamiętamy z dzieciństwa. Znaleźliśmy drewniane jojo, pistolet korkowy, gwizdek, szklany mini kalejdoskop, grę kendama (japońską zabawkę złożoną z czegoś na kształt młotka połączonego z kulką na sznurku albo jak ktoś pamięta "Yattamana" to właśnie ta zabawka była tam bronią ;)) i klepsydrę do odmierzania czasu mycia zębów. Kultowe rzeczy, których czas jeszcze nie zatarł. Możliwość pokazania dzieciom podobnych zabawek, którymi bawili się rodzice, a nawet dziadkowie jest na prawdę fajną i ważną sprawą. Niech pokoje naszych dzieci nie toną całkowicie w modnym aktualnie plastiku z logo popularnych bajek. Warto na chwilę wyjść poza ten nurt. Szukanie naszych drewniaków i babcinych słodkości i zabawek sprawiło im dużo frajdy! Na pewno tę tradycję podtrzymamy w następnych latach.


Halo Zajączku, jesteś tu?



Ooo, był tutaj i chyba zgubił koszyk!


Znalazłem!

12 marca 2015

W TO GRAMY! IV: A zatem wojna!

Ostatnio kupiliśmy zestaw podstawowych, znanych wszystkim gier. W środku były również karty do gry z postaciami Disneya. I musiałam przypomnieć sobie w co się grało w dzieciństwie. No bo przecież nie zagram z sześciolatkiem w pokera. I przypomniała mi się najprostsza gra w karty na świecie: Wojna. Nie pamiętam już kto mnie tej pierwszej karcianej gry nauczył. Wtedy karty miał chyba każdy wujek, dziadek, kuzyn, koleżanka... I graliśmy wszędzie. W domu, na plaży, u dziadków, na biwakach, na podwórku. Zwłaszcza na podwórku i to nie tylko w wojnę, ale i makao, pokera, tysiąca... Połowa nas, z okolicznych bloków, siedziała w okręgu na dużym betonowym progu przed klatką schodową i grała. Odkąd jestem dorosła nie spotkałam się ani razu z grupką dzieciaków z kartami do gry. 

Gra w wojnę jest najprostszą grą karcianą jaka istnieje i chyba nie muszę tłumaczyć Wam na czym polega, gdyż doskonale ją znacie :) Pięciolatek znający cyfry poradzi sobie bez problemu. Tą grę można w znakomity sposób wykorzystać do nauki liczenia i porównywania liczb. Młodszym dzieciom proponuję jednak karty typowe lub im podobne, by można było policzyć ile jest np. kierów na danej karcie. Nauczymy w ten sposób dziecko podstawowych pojęć matematycznych: liczba mniejsza "<", większa ">", równa "=". Możemy zadawać pytania jeśli dziecko ma kartę wyższą: "o ile Twoja liczba jest większa od mojej?" I odpowiednio jeśli ma niższą. Oczywiście nie zadawajmy tych pytań zbyt dużo :) W końcu to ma być zabawa. Możemy wyłączyć z gry figury, ale wytłumaczenie dziecku hierarchii "As - król - dama - walet" nie jest aż takie trudne :) Czas gry ustalają... karty, co z doświadczenia wiemy. Może trwać na prawdę długo, a może i raz dwa się skończyć. 


4 marca 2015

Mama wraca do pracy i nie ogarnia

I niestety musiał nadejść ten Dzień. Dzień Powrotu do Pracy. Minęły właśnie trzy tygodnie. Jeszcze nie pozbierałam się. Jeszcze nie zorganizowałam. Jeszcze nie kumam jak po dwóch latach (tak, dokładnie dwóch bez jednego tygodnia!) "siedzenia w domu" pogodzić pracę na dwie zmiany z trójką dzieci i domem. Nie umiem tego znieść, że dzieci nie widzę przez tyle godzin i one nie widzą mnie.

Moja praca wymaga przychodzenia na dwie zmiany. I jedna z nich to zło. Oczywiście jest nią popołudniówka. Chodzę wtedy jak napięta struna. Mam wiele do ogarnięcia i bardzo mało czasu. Jak wygląda mój dzień? Otóż wstaję rano tak parę minut po 7 i pomagam czasem Mężowi uszykować Gabiego do przedszkola. Potem robię kawę, a dziewczynom poranne mleko. Pozwalam im (i sobie) dłuższą chwilę polatać w piżamach. Szykuję śniadanko. Zajmuje mi to wszystko trochę czasu. Po śniadaniu od razu lecę z dziećmi do sklepu po coś na obiad (jeśli muszę) lub na spacer krótki. Pichcę obiad. Lub dwa. W trakcie pichcenia próbuję dopić podgrzewaną w mikrofalówce, tak ze dwa trzy razy, kawę. Ale przecież nie o kawę tu chodzi! Maluchy są wymagające, rozrabiające, a i ja mam potrzebę by je wytulić przed wyjściem, bo tęsknię jeszcze zanim je odprawię. Bawimy się i tulimy. Wkładam po porcji obiadku do pudełek dla małych do żłobka. Szykuję się. W sensie maluję, ubieram (zaraz, ale jak wychodzę wcześniej to robię to wcześniej :)), jem obiad ukradkiem by małe nie widziały i w pośpiechu. Między tym wszystkim ubieram laskom porządne ciuchy. Przy okazji ubierania ciuchów orientuję się, że nie włączyłam pralki, więc góra brudów się jeszcze powiększy. Wychodzę wcześniej, bo przy okazji chcę coś kupić do pracy (jeśli muszę) lub coś na podwieczorek do żłobka (jeśli muszę). Odprowadzam małe do żłobka w wózku. Zostawiam go tam i dzieci oczywiście po krótkim przebraniu, pożegnaniu i powiedzeniu paru rzeczy opiekunkom. Cofam się do domu i jadę do pracy. I tak ucieka mi cały czas do godziny 13. Nie wiem jak. Nie wiem kiedy. Bieg, dom zostawiam nieogarnięty! A jeszcze 8 godzin pracy. 8 godzin intensywnej pracy, bo na popołudniówkach jest więcej do zrobienia. 

Wypompowana późno wracam do domu. Zastaję Tatę często również wypompowanego, w pozycji kołami do góry po usypianiu małych i kolacji. Starszak ze smutną miną już wie, że czas się położyć spać o tej godzinie. Rozmawiamy chwilę o minionym dniu. To jedyne kilka minut gdy go widzę. Kilka słów rano. Kilka na dobranoc... Ogrom tęsknoty. Jem cokolwiek na kolację i ogarniam choć trochę dom. No dobra, dom nie, ale kuchnię przynajmniej... Ćwiczenia? Zero sił... A taki tydzień przed dwoma laty to była bułka z masłem! 

Jedynym pocieszeniem jest fakt, że po pierwszej zmianie mam zdecydowanie więcej czasu. I wtedy trzeba go wykorzystywać maksymalnie. Pierwsza zmiana jest jak oddech dla wszystkich... Jedyny jej minus to bardzo wczesne wstawanie, a co za tym idzie wczesne kładzenie się do łóżka.  To sprawia, że mam mniej czasu dla siebie i Męża. Za to o 14 już jestem z dziećmi w domu :) Spędzamy razem więcej czasu. Domowy chaos zostaje poskromiony, by znowu powrócić od następnego poniedziałku. I koło się zamyka... 

Zobaczymy co będzie dalej. Jakoś się zorganizuję w końcu. Jak to mówią: jakoś to będzie. Chyba nie jestem jedyną pracującą mamą na świecie. Coś wymyślę, gdzieś znajdę klucz do tego wszystkiego. Bo wyjścia z tej sytuacji nie ma. Dzieci i my przyzwyczaimy się do nowego trybu życia. A jeśli raz zamówię obiad z baru, a dzieci ubiorą te same ciuchy co poprzedniego dnia, to przecież świat się nie zawali. Perfekcyjna Pani Domu to tylko baba z telewizora. Perfekcyjna Kobieta I Matka Pracująca. O! To byłby program dla mnie. 

26 lutego 2015

W TO GRAMY! III: Spadające Małpki

Gra Spadające Małpki należy do gier lekkich, łatwych i przyjemnych :) Z łatwością mogą ją opanować najmłodsze dzieci.

Rozkładamy duże drzewo, losowo wtykamy w nie patyczki. Następnie wrzucamy do środka wszystkie małpki aby zawiesiły się ogonkami na patyczkach. Patyczki mają trzy kolory. Za pomocą kostki losujemy kolor patyczka jaki musimy wyciągnąć z naszego drzewa. I wtedy zaczyna się zabawa - małpki zaczynają spadać! Wygrywa osoba, która strąci ich najmniej.

Czas gry: 5 - 10 minut
Liczba graczy: 2 - 4
Wiek: 3 lata

Graliśmy w tą grę gdy Gabriel miał 4 latka, lecz zdecydowanie polecam młodszym dzieciom, jako początek rodzinnych rozgrywek. Zabawa uczy kolorów i liczenia. Starsze dzieci uczą się dobrego podejmowania decyzji.



23 lutego 2015

O czym powinna pisać matka blogerka?

Ogólnie mało piszę postów na blog. Sama nie wiem z czego to wynika... Po części dlatego piszę ów post, który czytacie :) Chyba za bardzo skupiam się na tym, o czym wypada pisać lub co powinna pisać matka blogerka. Przejrzałam te swoje posty i widzę niezły miszmasz (matko jedyna, jakie trudne polskie słowo, dobrze, że istnieją słowniki), widać gołym okiem, że nie wiem o czym pisać!

Porady krążące tu i ówdzie dotyczące tego jak pisać bloga - chyba nie przestrzegam żadnych! Ponoć blog powinien być dobrze "ukierunkowany" i pisanie o wszystkim daje marne efekty... Relacjonowanie swego życia daje marne efekty... I sama nie wiem w co brnąć... Zaczęłam cykl o grach. Cykl miał być czwartkowy. Ostatni czwartek wypadł - będzie dziura - błąd - jak tak można - i co dalej? Ano poczekam na następny czwartek :) Tak, to niekonsekwencja i brak profesjonalizmu. Takie potknięcia są chyba nieuniknione przy trójce dzieci, panu Mężu i pracy. Hmmm... co tam jeszcze? Posty opiniotwórcze zaskakująco dużo mają wyświetleń, ale dla mnie powstały jakoś przypadkowo. Nie chciałam by był to blog, na którym oceniam jakieś produkty, ale cóż, gdy coś mnie ewidentnie, permanentnie wkurza to jest opinia. Oczywiście zła.

Zupełnie dziwnym trafem są tu posty kulinarne :) Haha! Kucharka ze mnie przeciętna, a dieta moich dzieci nie odbiega od reszty świata, choć staram się by zdrowo się odżywiały. Czy dodawać więcej przepisów? Nie zmieni się wtedy ten blog na kulinarny? Tematy o kupkach i dzieciowych za(k)upkach mnie nie kręcą. Przedstawianie wyidealizowanych obrazów moich dzieci (jak to bywa na różnych blogach) też mnie nie kręci. Nie mam porządnego aparatu to i zdjęcia są nieciekawe.

Mój brak zdecydowania, słomiany zapał i brak wytrwałości (czy to nie to samo?) są powszechnie znane. Nawet zastanawiałam się czy przestać pisać skoro nie mam obranego kierunku... Bo po co komu taki zamieszany blog.

Doszłam jednak do pewnych wniosków. To w końcu tylko blog! Wolno mi pisać o czym chcę :) Ważne by nie pisać o czymś co mnie nie interesuje i nie dotyczy. Nawet jeśli to blog tzw "parentingowy" to nie muszę pisać tylko o dzieciach. Bo przecież z nazwy już jestem Mamą 2 plus 1. O czym powinna pisać matka blogerka? O tym co zechce. Będę pisać o wszystkim. Nawet jeśli ten blog ma się rozejść na 100 kierunków. Nic nie muszę. No i po co czytałam te porady w stylu "jak pisać bloga?" Nie dostosuję się pewnie nigdy. Bo ma być życiowo. Nie pod kolor aktualnej mody. Nie będzie tu słodkich idealnych zdjęć idealnie ubranych dzieci. Będę pisać jak jest, a nie jak być powinno. Nie będę na topie mamowych blogów. I co z tego? Popiszę, pobazgrolę, Czytelnik to oceni. Od tego w końcu jest. I tyle.


Just me :)



15 lutego 2015

Walę tynki

14 lutego obchodzone są Walentynki. Każdy o tym dobrze wie, bo nie sposób nie zauważyć komercji narastającej wokół tego dnia. Ja jednak dziś nie o tym, bo tak na prawdę to "święto" jest już wpisane w moje życie odkąd słuchałam w podstawówce przez radiowęzeł pozdrowień, życzeń i wyznań. Nie będę zatem dyskutować na temat tego co inni o tym dniu sądzą. Obchodzę je i lubię. O!

Z moim Panem Mężem chodziliśmy w ten dzień przez kilka lat pod rząd do tej samej ulubionej restauracji. Raz udał się nam wyjazd na romantyczną kolację połączoną z noclegiem w hotelu. Zresztą i tak niedaleko, bo żaden turystycznie atrakcyjny zakątek to nie był... Gabi został wtedy pod opieką babci.

A co w tym roku? W tym roku szpital w domu. Trójka chora. 2/3 dzieci czyt. Bliźniaczki na antybiotyku. Nasz lekarz niestety był niedostępny... Rano byliśmy na całodobówce i zostaliśmy potraktowani jak kolejni do odhaczenia... Zresztą to to się nadaje na zupełnie osobny post.

Po powrocie do domu zaczęłam narzekać: " Ech, ale mamy "fajne" Walentynki w tym roku..." I tak spędziliśmy je chodząc po aptekach, z widelcem w jednej ręce próbując nakarmić czymkolwiek małe, które nie mają apetytu, a z termometrem w drugiej. Pod wieczór dostałam od Pana Męża różę i czekoladę, ale to chyba bardziej na pocieszenie niż z okazji Walentynek. Dzieci zasnęły, więc zapaliliśmy (chyba tylko symboliczną) świeczkę i włączyliśmy sobie film. Po całym dniu nie miałam siły na przygotowanie choć trochę wyjątkowej kolacji dla nas, ani nawet na łyk wina choć specjalnie je na ten dzień kupiłam. Noc w łóżku nie była namiętna i pełna fajerwerków. Obok położył się kaszlący Gabi. Ninka budziła się kilka razy i w końcu też wylądowała obok nas.

Oglądając film trochę było mi smutno z powodu tego "święta" które chcąc nie chcąc, nawet jeśli skomercjalizowane, powoduje, że chciałoby się faktycznie pójść na randkę, kolację albo upić się we dwoje jak to bywało kiedyś. Jak było przed dziećmi. Przypomniałam sobie ten czas sprzed kilku lat. Pomyślałam o tych bezdzietnych jeszcze parach i zaczęłam im zazdrościć. Szybko jednak mi minęło, bo Mąż uświadomił mi, że trudno, nie wyszło nic, ale przecież tydzień temu byliśmy na balu. Fakt. Byliśmy i to było Nasze święto. Czas tylko Nasz - bez dzieci. 

14 luty nie wyszedł? Trudno. Nasunął mi się jeden wniosek: celebrować związek można i trzeba cały rok. I nie ma po co się spinać. Nie musi to być w Walentynki i rocznicę. Za kilka dni dzieci będą zdrowe, może uda się gdzieś wyjść. Może uda się wieczorem posiedzieć bez stresu i strachu o dzieciaki. Ba! Jakie może? Na pewno! Nie zrozumcie mnie źle. Dzieci mi nie przeszkadzają w niczym, ale każdy związek potrzebuje takich przerywników. Tego czasu Tylko We Dwoje. I nie jestem zła na dzieci, że są chore. Są i trudno. Z dziećmi tak bywa. A z Mężem życzyliśmy sobie, że za rok będziemy walić tynki w nowo wybudowanym domu :)


Tak na poprawę humoru demot :)



13 lutego 2015

W TO GRAMY! II: Monopoly Szalona Gotówka

Dziś przedstawiam Wam kolejną grę planszową dla dzieciaków :) Tym razem coś "poważniejszego" czyli Monopoly - Szalona Gotówka. Myślę, że każdy z nas zna w mniejszym lub większym stopniu Monopoly. Ta gra bardzo dobrze mi się kojarzy. Grałam w nią z bratem i kuzynostwem podczas tradycyjnych ferii lub wakacji u babci. Godzinami mogliśmy ślęczeć nad tą planszą! Gra jest kultowa, nie dziwi więc nikogo, że powstała wersja tej gry dla młodszych dzieci.

Nasza wersja jest, jak sama nazwa wskazuje, szalona. Gra polega na zbiciu fortuny, jak w pierwotnej grze Monopoly. Zabawa jednak została urozmaicona o zdobywanie gotówki wprost z bankomatu przy użyciu karty! Dla dzieci to jest niezła gratka! Poza gotówką, szalony bankomat wydaje nam karty z zadaniami np. "Odgrywaj nazwę ulicy, na którą się przemieścisz: Skwer Ogromnego Rekina lub Rondo Lokomotywy" i wiele innych. Wierzcie mi, przy takich kartach z zadaniami cała rodzina się świetnie bawi! Nie będzie się dłużyła tak jak tradycyjny chińczyk, bo tu choć na chwilę trzeba wstać od stołu i pomachać rękami! Gra idealna na deszczowy i ponury dzień - rozweseli każdego.


Wiek: od 5 lat
Liczba graczy: 2 - 4
Czas: 20 - 60 minut



Dzięki tej grze dziecko poznaje i uczy się czym są pieniądze i jak się ich używa. Uczy się:
- liczyć
- odgrywać role (ćwiczenie wyobraźni)
- podejmować decyzje
- wielu pojęć takich jak: drogi, tani, czynsz, właściciel, bank, zarabianie itp

Gra jest niezawodną receptą na nudę! Jeśli Was nie przekonałam, to wyobraźcie sobie jak odgrywam Ulicę Galaretkową albo nawet sam Szalony Bankomat! :)

5 lutego 2015

W TO GRAMY! I: Pędzące żółwie

Postanowiłam zrobić krótki cykl czwartkowy pt "W to gramy!". Nietrudno się domyślić, że chodzi o gry z dzieckiem. Konkretnie gry planszowe i im podobne. Z moim starszym synem Gabim często gramy w jakąś grę wieczorem, gdy bliźniaczki zasną. Jeśli się uda zrobić to oczywiście w miarę wcześnie. Jest to chwila tylko dla nas.

Dziś przedstawię Wam jedną z naszych pierwszych gier: "Pędzące żółwie". Gra jest bardzo prosta już dla najmłodszych ze względu na to, że nie ma w niej kostki i wystarczy gdy dziecko umie liczyć do dwóch.

Wiek: od 3,5 lat (choć na opakowaniu jest od 5:))
Liczba graczy: 2 - 5
Czas: 5 - 15 minut



Gra polega na przeprowadzeniu swojego żółwika do rosnącej na mecie sałaty. Jednak poruszać trzeba wszystkimi żółwiami według ruchów jakie dostaniemy na przypadkowych kartach: czerwony dwa pola do przodu, ostatni w kolejce do przodu, zielony jedno pole do tyłu itp. Kolor swojego żółwika trzeba zachować w tajemnicy żeby przechytrzyć przeciwnika. Młodszym można to odpuścić i grać w "otwarte karty". Żółwie mogą stać jeden na drugim w tej grze. Zdarzało się, że wszystkie 5 tworzyło wieżę :)

W trakcie gry dziecko uczymy pojęć takich jak:
- idź do przodu
- idź do tyłu
- kolejka
- ostatni w kolejce
- kolory
- liczenia do dwóch
- plus i minus
- podejmowanie decyzji
- ćwiczenie pamięci
- strategicznego myślenia (dzieci starsze)


To była nasza pierwsza gra planszowa i graliśmy w nią gdy Gabi miał 3 latka. Zabawa nie trwa długo, ale też nie jest przykrótka :) Do dziś ją bardzo lubimy, nawet ja i mąż mamy niezły ubaw próbując nawzajem odkryć jakiego żółwia ma przeciwnik :) Polecam na dobry początek!

2 lutego 2015

Przyznanie się do porażki...

1 grudnia zeszłego roku postanowiłam zrobić sobie wyzwanie Zmieniam ciało w 10 tygodni. Te 10 tygodni mija za tydzień. I niestety muszę przyznać się Wam do pełnej porażki. Złożyło się na nią kilka rzeczy plus moja tendencja do wszelkiego wieczornego lenistwa, czyt. wybierania Fb lub Kindla z książką zamiast ćwiczeń. Wstyd jak nic. Ale cóż, jak się coś publicznie obiecało to trzeba się z tego rozliczyć :)

Najważniejszym błędem, błędem nr 1 było wybranie terminu. Nie wiem kto z początkujących przy zdrowych zmysłach wybiera grudzień... Mikołajki, Święta, Sylwester... Plus siedzący w domu pan Mąż w tym czasie... Wiadomo, że to czas odpoczynku... Ale przede wszystkim czas obżarstwa i gotowania. Choćbym stanęła na głowie i tak nie pozbyłabym się chęci ciągłego podjadania. A już zwłaszcza podbierania z góry słodyczy jaką moje dzieci niestety dostały.

Drugim błędem było wybranie zestawu Ewy Chodakowskiej. Dużo wcześniej ćwiczyłam jej Skalpel i nie było mi absolutnie nic - jedynie zakwasy z początku. Z zestawem Ekstra Figura, który wybrałam na początku nie było problemów. Po 4 razie z tym zestawem nie mogłam wstać na drugi dzień. Bolał mnie górny odcinek kręgosłupa. Nie mogłam wykonać wielu czynności i to przez ponad tydzień. Stwierdziłam, że albo mam za słabe mięśnie grzbietu albo ćwiczenia Ewy szkodzą. Jest jednak ćwiczenie z tego zestawu, które bardzo lubię (patrz od 14:15 z filmiku https://www.youtube.com/watch?v=7ox61vrNmto) i podczas którego czuje się ból z tyłu nóg, czyli tam gdzie nam się często zbiera niechciany cellulit. Zestaw ostatecznie porzuciłam. Nie szukałam nowego. Po ustąpieniu bólu pleców zaczęłam jeździć na rowerku stacjonarnym tak jak w pierwszym tygodniu, ale niestety rzadko.

Ile faktycznie ćwiczyłam? Pierwsze 10 dni było tak jak w planie sobie założyłam. Potem wykluczył ćwiczenia ból, później Świąteczny czas obżarstwa. I sporadyczne jazdy rowerem. Łącznie od 1 grudnia do teraz trenowałam 15 dni. Baaaardzo mało. Zakładałam więcej, ale poległam i biję pokłony wszystkim wytrwałym. Zdjęć nie wstawię. Przed i po wyglądam tak samo. Po Nowym Roku waga poskoczyła o 2kg.

Osiągnęłam porażkę.

Co dalej?

Dziś poniedziałek. Nowy miesiąc. Nowe wyzwanie! Na razie ciii. Nie wspominam o tym, bo znowu będę musiała się tłumaczyć. A wolę nie. Jeśli się uda to napiszę o tym na pewno! Po cichu tylko Wam szepnę, że będzie pewna czarnoskóra Pani, którą uwielbiam, bo kiedyś już przerabiałam. Kto choć trochę fitnessuje w domu ten wie :) Pozdrawiam wytrwałych i takich, którzy jak ja ciągle próbują! Trzymam kciuki za Was. I proszę Was o to samo :)

30 stycznia 2015

DIY: Prosty zegar do nauki

Uznałam, że już najwyższy czas nauczyć Starszaka odmierzania i odczytywania czasu. Dostał jakiś czas temu zegarek elektroniczny. Umie z niego odczytać czas bez większych problemów. Umie w końcu od niedawna liczyć do stu i odczytywać dwucyfrowe liczby.

Jednak zegar analogowy jest mu niemal zupełnie obcy. Nie posiadamy takiego w domu, ale myślę, że ze względu na niego trzeba będzie jakiś kupić. W przedszkolu, a później w szkole dzieci są uczone odczytywania godzin na zegarze analogowym. Poza tym dziecko patrząc na tradycyjny zegar "widzi" upływający czas. Widzi jak wskazówka sekundowa okrąża tarczę i poznaje co to minuta. Gdy określimy dziecku, że za 30 minut kończy oglądać bajki i pokażemy mu na zegarze kiedy to nastąpi, będzie widziało jak powoli wskazówka minutowa przesuwa się ku wytyczonej godzinie. Będzie potrafiło ocenić ile czas mu zostaje, zerkając co jakiś czas na zegarek. Zegarek elektroniczny tego odczucia nie oddaje tak namacalnie.

Postanowiłam nie kupować żadnych książeczek do nauki z plastikowymi wskazówkami tylko zrobić taki zegarek sama. Zajęło mi to kilka minut. Już podczas robienia Gabi się zaangażował :) Na prawdę nie potrzeba wiele, to jak "coś z niczego". Użyłam papierowego talerzyka, 2 rurek do napojów, pinezki, kawałka korka i oczywiście mazaka. Żeby było zachęcająco talerzyk w dziecięce wzory - pozostałość po letnim grillowaniu. Rysujemy tarczę zegara (idealnie mi to nie wyszło, ale co do milimetra być wcale nie musi) najlepiej jeśli zamieścimy 24 godziny. Na środku przypinamy wskazówki najlepiej różnokolorowe, od spodu przyszpilamy do korka (może być filc a nawet kawałek listewki). Gotowe.

Proste w wykonaniu, a daje bardzo wiele. Uczymy najpierw do 12 godziny, potem do 24. Możemy zwiększać stopniowo trudność, uczyć liczenia co 5 podając godzinę np. 12:25 (5, 10, 15... ), uczyć pojęć dotyczących czasu np. czym jest kwadrans, doba etc. Uczenie się na takim zegarze pozwala rozwinąć umiejętności matematyczne, analityczne i co ważne, dziecko poznaje działanie zegara empirycznie. Dodajmy do tego prawdziwy zegar analogowy i sukces w uczeniu gwarantowany. To do dzieła!


29 stycznia 2015

Sport w życiu dziecka

Niektórzy z Was pewnie wiedzą o tym, że Gabriel uczęszcza na treningi karate. Zdobył już pierwszy stopień uczniowski i pierwszy medal na zawodach. Jak to się zaczęło?

Pod koniec sierpnia zeszłego roku przygotowywaliśmy się do nowego roku szkolnego - ostatniego roku w przedszkolu. Repertuar przedszkola co do zajęć dodatkowych zeszczuplał maksymalnie... Zaczęliśmy szukać jakiegoś zajęcia poza przedszkolem. Pojawił się nabór na zajęcia karate. Ja jak to matka oczywiście zaczęłam się zastanawiać czy moje 5 letnie dziecko dałoby sobie radę. A jak sobie nie poradzi? A jak nie będzie umiał się skupić? Pomyślałam w końcu, że nie ma co za dużo myśleć tylko trzeba dać dziecku spróbować.

Trener rodzicom nie pozwolił wejść na salę nawet na pierwszych zajęciach twierdząc, że rozprasza to dzieci. Na szczęście młody znakomicie to zniósł - nie byliśmy mu potrzebni. Po pierwszych zajęciach okazało się, że Gabiemu bardzo przypadło karate do gustu!

Nawet nie zauważyliśmy kiedy minął pierwszy semestr. Każdy wtorek i środa, regularne treningi... i przyszedł czas na pierwszy egzamin. Egzamin na biały pas. Zdał go znakomicie. W nagrodę dostał od nas kimono.

W minioną niedzielę odbyły się u nas Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski Karate na które przybyły setki dzieci. I znów ta sama obawa we mnie się pojawiła. Czy sobie poradzi? Czy nie jest za młody? Czy nie powinien jeszcze rok poćwiczyć? Zawsze miał tremę przed wszelkimi występami w przedszkolu i to taką, że odbierała mu mowę. Jednak to on sam zweryfikował moje wątpliwości! Powiedział, że chce iść na zawody i sobie poradzi. Poradził sobie na srebrny medal w jednej z konkurencji. I szczerze, bardzo mnie zaskoczył! Tym bardziej, że jest jednym z dwójki najmłodszych dzieci w swojej sekcji.

Tak oto w życiu mojego dziecka pojawił się sport. Co mu daje? Same pozytywy. Po pierwsze ruch! A wiadomo nie od dziś jaki jest ważny dla zdrowia dzieci jak i... rodziców. Bo wybiegane dziecko jest spokojniejsze i mniej wybuchowe. I lepiej śpi. Co jeszcze? Wpojenie zasad fair play. Poznanie czym jest współpraca, a czym rywalizacja. Nauczenie się szacunku do autorytetu - w tym wypadku trenera. Gabi uczy się wygrywać jak i przegrywać. Uczy się samodzielności, czytaj, przebierania się w szatni. Poza tym zauważyłam u niego większą pewność siebie i otwartość na innych. I wiem jedno: w przedszkolu by tego wszystkiego nie zdobył. A ja musiałam się przekonać, że aby wiedzieć czy nasze dziecko poradzi sobie z czymś czy nie to TRZEBA dać mu spróbować. Dać szansę. W moim przypadku dopiero się przekonam, czy ją wykorzystał i będzie odnosił sukcesy, choć do niczego go nie zmuszamy. Ten medal był naszą wisienką na torcie.



Wiem, że pas źle zawiązany... Jeszcze nie skumałam :P

A to historia z ostatniego treningu:

Gabi nie chciał trenować z pasem. Idziemy do Trenera:
Ja: Czy Gabi może dziś trenować bez pasa? Upiera się, że nie chce.
T: Gabi, dlaczego nie chcesz nosić pasa?
G: Po prostu nie chce.
T: Ale pamiętasz, że ciężko zapracowałeś na niego i zdawałeś egzamin żeby go nosić?
G: Tak, ale nie chcę.
T: A gdy zdobędziesz czarny pas, to też nie będziesz go nosił?
G: Nieee, no czarny to ja będę nosił!
:)

14 stycznia 2015

Kreowanie rzeczywistości

Mój Gabi obecnie jest na bardzo ciekawym etapie rozwoju. Odkrywa na swój sposób świat, język jakim się posługuje i zapamiętuje. Czasem to, o czym wolelibyśmy by nie pamiętał.

Zasób słów, które dziecko zna w wieku 4-5 lat to od 1,5 do 2 tyś słów. Jednak, aby się komunikować to nie wystarcza mojemu synowi. Kiedy chce coś powiedzieć często sam tworzy słowa, których nie zna. Nazywa rzeczy, których nazw nie zna po swojemu. Słowotwórstwo idzie mu sprawnie, często nas zaskakuje. Polska język jest trudna, ale elastyczna! Tą elastyczność naszego ojczystego języka dziecko potrafi wykorzystywać do swoich potrzeb. I tak, najczęściej w zabawie, gdy coś nie ma nazwy lub jej nie pamięta, powstają najrozmaitsze słowa. Bardzo słowoodtwórczy "kradziej" zamiast "złodziej" od słowa "kraść" rzecz jasna. Ba! Powstają nielogiczne rymowanki, a nawet przysłowia czy... Przekleństwa. Bo chyba krzyknięcie "na pęknięte kamyki!" jest jakimś przekleństwem :) Obok nowych słów i powiedzonek pojawiają się także coraz sprytniejsze odpowiedzi. Rano Tatuś go budzi, a on na to: "Tatooo... Ale moje oczka nie chcą się otworzyć..." Bywa, że rozśmiesza wszystkich dookoła.

Kreatywność objawia się dużą samodzielnością w zabawach. Zwłaszcza, w tych, które polegają na odtwarzaniu jakichś ról. Gabi coraz częściej bawi się z siostrami w takie zabawy. Ostatnio Ninka często bywa królową, a on rycerzem broniącym jej zamku. Wczuwa się w swoją rolę. A Nina bywa nieznośną i kapryśną królową, w dodatku nie słucha go, no ale jak by wyglądało królestwo jej łóżeczka gdyby słuchała rad jakiegoś tam rycerza ;)

Gabi potrafi też kreatywnie stworzyć sam grę planszową! Rysuje na kartce kwadraty, a pionkami stają się resoraki. Jest kostka i zasady. Zasady oczywiście muszą być takie by wszystko szło po jego myśli. Gra w policjantów i złodziei zrobiona z klocków lego była świetna, był posterunek i więzienie, a nawet możliwość ucieczki złodzieja (kradzieja) helikopterem! Grał w nią z Tatą. Zasady były określone, ale jak to zwykle bywało zmieniały się co chwile. Uparcie chciał osiągnąć swój cel.

Na spacerze niedawno również mnie zaskoczył. Idziemy, idziemy, a on rzuca sobie patyk do przodu i skacze do niego na jednej nodze. Pytam co robi, a on mówi, że to taka zabawa, w której trzeba dojść do patyka na jednej nodze. Pytam skąd ją zna, a on mówi, że przed chwilą to wymyślił.


To jest coś co można nazwać naginaniem rzeczywistości do swoich potrzeb. Dziecko nie zna języka, świata i reguł w nim panujących. Kreuje rzeczywistość bez zastanowienia się nad tym czy tak akurat można. Myśli innymi kategoriami. Przy grze w policjantów i złodziei Gabi kłócił się z Tatą o zasady. Według niego zasady można zmieniać, bo to on wymyślił tą grę. Tata twierdził, że raz ustalonych zasad trzeba się trzymać. I tym różni się rzeczywistość dorosłego i dziecka. Może powinniśmy się tego od dzieci uczyć? Podpatrywać je i naśladować w ich upartości? Zrobić coś czasem wbrew zasadom? Dążyć do celu bardziej uparcie? Nagiąć rzeczywistość do swoich potrzeb? Myśleć nieszablonowo? Myślę, że można!

"Ci, którzy są wystarczająco szaleni, by myśleć, że są w stanie zmienić świat, są tymi, którzy go zmieniają."
 — Steve Jobs


6 stycznia 2015

Uwaga! Suplementy nadchodzą!

Czy nie macie wrażenia "zasypywania" naszego życia suplementami diet? Włączając dziś telewizję można stwierdzić, że niemal co druga reklama to reklama suplementów, leków przeciwbólowych i na przeziębienie. Jakie w tych reklamach problemy mają Polacy? Są grubi, przemęczeni, nerwowi, mają problemy z prostatą, wątrobą, trawieniem, menopauzą, a nawet ochotą na seks. Ale czy faktycznie je mamy, czy nam się te problemy wmawia? Ulegamy reklamie, promocji w aptece, czasem nawet się nie zastanawiając.

A co z pojawiającymi się suplementami dla dzieci? Na odporność jeszcze zrozumiem... stary dobry tran. Na zęby niedawno Junical. Zgrzytałam zębami gdy to widziałam. Apetizery na apetyt. Ale reklama syropku na sen dla dzieci mnie powaliła. Podnoszę się ledwo z łopatek po tym, ale cóż, musiałam o tym napisać. Piękna reklama o dziecku, które miało problemy ze snem, ale pomógł Tulleo. Nowy, niezastąpiony produkt, który powinien stanąć w apteczce obok Junicalu. W apteczce dobrego rodzica rzecz jasna. Ale mądrego jednocześnie zapewne nie.

W dzisiejszym świecie ciągle się spieszymy, jesteśmy zabiegani, zestresowani, na wszystko szukamy szybkich rozwiązań. I suplementy są dla niektórych rozwiązaniem problemów zdrowotnych. Lub wpojonym przez reklamę rozwiązaniem problemów zdrowotnych. Gotuje się we mnie za każdym razem, gdy widzę reklamę Tulleo w telewizji. Wyobrażam sobie wtedy zalatanych bezmyślnych rodziców, którzy sami biorą różne suplementy rano i wieczorem, a ich dziecko przed snem marudzi i jest niespokojne. Albo budzi się w nocy. A może budzi się zbyt wcześnie. I nagle widza tą reklamę i postanawiają biec do apteki, bo właśnie znaleźli antidotum. Gorzej. Wyobrażam sobie jak uzależnili siebie i własne dziecko od tego syropku... Czarna wizja, ale myślę, że całkiem prawdopodobna.

Co zawiera ten Tulleo? Niby nic uzależniającego. Melisa, rumianek, lipa... ot wyciągi z ziół. Junical? Wapń, fosfor, magnez... I jeszcze najróżniejsze preparaty multiwitaminowe w zdecydowanej większości zawierające syntetyczne witaminy - czyli wchłaniane gorzej przez organizm! Czy to na prawdę nie daje do myślenia? Czy zamiast Tulleo nie lepiej zrobić niespokojnemu maluchowi herbatkę ziołową wieczorem? Może należałoby utulić i spędzić więcej czasu z dzieckiem? Czy serio zęby naszych dzieci potrzebują tyle dodatkowego wapnia jeśli piją mleko i jedzą np. żółty ser? Czy przypadkiem nie słyszeliśmy o tym, że witaminy są w owocach i warzywach, a odporność mały człowiek musi nabyć?Koniecznością według mnie jest tylko podawanie wit D3 dzieciom. Podaję ją bliźniaczkom. Tran, który również jest bogaty w wit D, podaję zimą wszystkim. Reszta jest wymysłem przemysłu farmaceutycznego, który niezmiernie mnie wkurza.

Zastanawiam się co się dzieje z naszymi podatnymi mózgami zasypywanymi tym badziewiem w reklamach. Swoisty boom suplementów dla dorosłych trwa. Zaczyna się boom suplementów dla dzieci i polowanie na leniwych rodziców. Nie dajmy się omamić, nie bądźmy bezmyślnymi rodzicami. Nie karmmy dzieci suplementami, bo tak nam wygodnie, bo tak usprawiedliwimy swoje lenistwo w dbaniu o dietę naszej rodziny. I bądźmy mądrzy! Czytajmy uważnie etykiety tych produktów zanim je kupimy! Suplement to coś co można zastąpić. Lecz nigdy nie zastąpi on zdrowego odżywiania i trybu życia! Amen.