Już wielkimi krokami zbliża się roczek bliźniaczek :) Uznałam to za odpowiednią okazję do wspomnień o tym jak przyszły na ten świat.
Rok temu, dokładnie 26 sierpnia przyjechałam do szpitala ze skierowaniem na cięcie cesarskie ze względu na poprzeczne ułożenie drugiej córeczki. Przyjęli mnie, zbadali, lecz pierwszego dnia nie zrobili USG. Następnego dnia wiedziałam już o wiele więcej :) Mój lekarz prowadzący przyjechał do szpitala pomimo tego, iż przebywał na urlopie. Przeprowadził USG i... oczom nie wierzył. Zresztą ja też nie, bo jak tu uwierzyć w to, że w tak zaawansowanej już ciąży, dziecko zdołało obrócić się do prawidłowej pozycji? W dodatku mając obok sąsiadkę? No to teraz co?! Co robimy? Lekarz kazał mi się zastanowić jak rodzimy. Naturalnie czy cesarka? Po niewielkim zastanowieniu zdecydowałam się rodzić naturalnie, bo od początku ciąży myślałam tylko o tym, że o takim rozwiązaniu marzę.Cały tydzień leżałam bez żadnych objawów porodu. W następnym tygodniu położne kazały mi chodzić. Jak tu chodzić ze spuchniętymi nogami, z ogromnym brzuchem? Widząc moje lajtowe spacerki jedna z położnych mówi mi, że chodzenie po schodach działa. No to z koleżanką z pokoju która też miała wywołać sobie poród łaziłyśmy na drugie piętro i windą zjeżdżałyśmy na dół. Ona urodziła w nocy. Ja kulałam się dalej... Dali mi żel domaciczny. Zadzwoniłam po Męża, że chyba urodzę. Przyjechał najszybcoej jak mógł. Żel wywołał u mnie mega skoki temperatury, skurcze, ból podbrzusza... I szybko zaczęło się to wyciszać. Następny dzień chodziłam z jakimś cewnikiem tzw folejem. Dał coś niecoś: czop śluzowy poleciał. Nie alarmowałam Męża tym razem. Kilka następnych dni leżenia, chodzenia po schodach, czytania książki... Odwiedziny mamy, Gabrysia , Męża... I słuchanie, że ile można w szpitalu leżeć, że Gabi tęskni, że to nie tak długo miało być... Też sama się zastanawiałam jak to możliwe tak długo nosić bliźniaki?! Tyle par bliźniąt rodzi się przedwcześnie... Ale nie moje. Myślałam, że jestem jakimś chodzącym inkubatorem, odchyłem od normy. Mój dr stwierdził, że stworzona jestem do chodzenia w ciąży. W końcu poród starszaka też miałam wywoływany.
Przyszła niedziela 08.09. 39tc i 5 dni. 2 dni przed normalnym terminem. Wstałam, umyłam się, stwierdziłam, że w niedzielę nikt się mną nie zajmie. I zostanę rekordzistką oddziału, jeśli chodzi o długość ciąży bliźniaczej. Jadłam śniadanie kiedy przyszła jedna z pielęgniarek i przyniosła mi koszulę do porodu. Przebrałam się, wzięłam co trzeba. Przyszedł do mnie mój dr i mówi, że ktoś w końcu musi się mną zająć.
Na sali porodowej znalazłam się o 9. Właściwie to nic się do 11 nie działo. Podłączyli mi pompę z oksytocyną, przyszedł na salę mój Mąż. Po jakimś czasie oksytocyna zadziałała i zaczęły odchodzić mi wody płodowe. Chodziłam do kibelka co chwilę. Do około godziny 14:30 skurcze były znośne, spacerowałam po sali ile się dało. Skurcze nasiliły się strasznie o 15. Wtedy dopiero poczułam ten piekielny ból. Poczułam że rodzę. Męża prosiłam by powoli szykował się że ma krzyczeć o coś przeciwbólowego. Położna przychodziła często. Dopiero gdy rozwarcie osiągnęło 9cm dostałam "głupiego jasia" i gaz. Teraz?! Teraz to ja już mogę bez niczego rodzić!Do sali wpadło chyba z 6 osób. Blanka urodziła się tak szybko, że nie mogłam uwierzyć, że już ją widzę, że neonatolog pyta o jej imię i podaje godzinę 16:17. Nie zapomnę nigdy tej chwili :)
No to czas na drugą bliźniaczkę. Lekarz przebił pęcherz płodowy, poleciało ciepło po nogach. Sprawdził. Jego mina zmieniła się diametralnie. Mówi, że niestety małej wypadła rączka... że musimy zrobić cięcie. Szybkie USG i szum na cały oddział, że sala potrzebna, że anestezjolog, że szybko...... Zaczęłam dostawać skurcze, słyszałam tylko, że mam nie przeć... Starałam się z całych sił. Róbcie ze mną co chcecie, nieważne, byle tylko Nina przeżyła. Byle tylko ona z tego wyszła, ja się tu nie liczę. Wjechałam na salę, a tam wszyscy w gotowości. Ktoś kładzie mi maskę na twarz, krzyczę z bólu, ktoś wbija mi igły, przykleja coś.... Słyszę jeszcze jak ktoś pyta co ja tak krzyczę, to tylko igła... nie odpowiedziałam już, że przecież mam cholerny skurcz! Odpływam w czarną dziurę. Nina...
Wybudzenie po operacji, było jednym z najgorszych uczuć w życiu. Poczułam straszne zimno i paraliżujący ból. Telepało mną na wszystkie strony. Ktoś mi się pyta, kto się urodził. Kto się urodził? Nie mogłam wykrztusić słowa z bolącego mnie gardła... Zobaczyłam Blankę. Po chwili przyszedł Mąż. Gdzie Nina? Wszystko dobrze? Pokazuje mi zdjęcia. Nina na obserwacji. Pomogli mi przystawić Blankę do piersi. Cud. Mój mały 3090 gramowy Cud. Nina zjechała do mnie rano o 8. To był najcudowniejszy ranek na świecie, kiedy zobaczyłam jej małe bystre oczka, które na mnie patrzyły... 2980 g szczęścia. Przyszła na świat o 16:37. 20 minut je dzieli. 20 minut grozy i niesamowitego szczęścia. Jedna z położnych później żartowała, że Nina wyciągnęła rączkę powiedziała nam "papa" ja stąd nie wychodzę! I do teraz jest z niej łobuziara :)




.jpg)
.jpg)
.jpg)