28 sierpnia 2014

Podwójny poród - podwójny cud.

Już wielkimi krokami zbliża się roczek bliźniaczek :) Uznałam to za odpowiednią okazję do wspomnień o tym jak przyszły na ten świat.
Rok temu, dokładnie 26 sierpnia przyjechałam do szpitala ze skierowaniem na cięcie cesarskie ze względu na poprzeczne ułożenie drugiej córeczki. Przyjęli mnie, zbadali, lecz pierwszego dnia nie zrobili USG. Następnego dnia wiedziałam już o wiele więcej :) Mój lekarz prowadzący przyjechał do szpitala pomimo tego, iż przebywał na urlopie. Przeprowadził USG i... oczom nie wierzył. Zresztą ja też nie, bo jak tu uwierzyć w to, że w tak zaawansowanej już ciąży, dziecko zdołało obrócić się do prawidłowej pozycji? W dodatku mając obok sąsiadkę? No to teraz co?! Co robimy? Lekarz kazał mi się zastanowić jak rodzimy. Naturalnie czy cesarka? Po niewielkim zastanowieniu zdecydowałam się rodzić naturalnie, bo od początku ciąży myślałam tylko o tym, że o takim rozwiązaniu marzę.
Cały tydzień leżałam bez żadnych objawów porodu. W następnym tygodniu położne kazały mi chodzić. Jak tu chodzić ze spuchniętymi nogami, z ogromnym brzuchem? Widząc moje lajtowe spacerki jedna z położnych mówi mi, że chodzenie po schodach działa. No to z koleżanką z pokoju która też miała wywołać sobie poród łaziłyśmy na drugie piętro i windą zjeżdżałyśmy na dół. Ona urodziła w nocy. Ja kulałam się dalej... Dali mi żel domaciczny. Zadzwoniłam po Męża, że chyba urodzę. Przyjechał najszybcoej jak mógł. Żel wywołał u mnie mega skoki temperatury, skurcze, ból podbrzusza... I szybko zaczęło się to wyciszać. Następny dzień chodziłam z jakimś cewnikiem tzw folejem. Dał coś niecoś: czop śluzowy poleciał. Nie alarmowałam Męża tym razem. Kilka następnych dni leżenia, chodzenia po schodach, czytania książki... Odwiedziny mamy, Gabrysia , Męża... I słuchanie, że ile można w szpitalu leżeć, że Gabi tęskni, że to nie tak długo miało być... Też sama się zastanawiałam jak to możliwe tak długo nosić bliźniaki?! Tyle par bliźniąt rodzi się przedwcześnie... Ale nie moje. Myślałam, że jestem jakimś chodzącym inkubatorem, odchyłem od normy. Mój dr stwierdził, że stworzona jestem do chodzenia w ciąży. W końcu poród starszaka też miałam wywoływany.
Przyszła niedziela 08.09. 39tc i 5 dni. 2 dni przed normalnym terminem. Wstałam, umyłam się, stwierdziłam, że w niedzielę nikt się mną nie zajmie. I zostanę rekordzistką oddziału, jeśli chodzi o długość ciąży bliźniaczej. Jadłam śniadanie kiedy przyszła jedna z pielęgniarek i przyniosła mi koszulę do porodu. Przebrałam się, wzięłam co trzeba. Przyszedł do mnie mój dr i mówi, że ktoś w końcu musi się mną zająć.
Na sali porodowej znalazłam się o 9. Właściwie to nic się do 11 nie działo. Podłączyli mi pompę z oksytocyną, przyszedł na salę mój Mąż. Po jakimś czasie oksytocyna zadziałała i zaczęły odchodzić mi wody płodowe. Chodziłam do kibelka co chwilę. Do około godziny 14:30 skurcze były znośne, spacerowałam po sali ile się dało. Skurcze nasiliły się strasznie o 15. Wtedy dopiero poczułam ten piekielny ból. Poczułam że rodzę. Męża prosiłam by powoli szykował się że ma krzyczeć o coś przeciwbólowego. Położna przychodziła często. Dopiero gdy rozwarcie osiągnęło 9cm dostałam "głupiego jasia" i gaz. Teraz?! Teraz to ja już mogę bez niczego rodzić!Do sali wpadło chyba z 6 osób. Blanka urodziła się tak szybko, że nie mogłam uwierzyć, że już ją widzę, że neonatolog pyta o jej imię i podaje godzinę 16:17. Nie zapomnę nigdy tej chwili :)

No to czas na drugą bliźniaczkę. Lekarz przebił pęcherz płodowy, poleciało ciepło po nogach. Sprawdził. Jego mina zmieniła się diametralnie. Mówi, że niestety małej wypadła rączka... że musimy zrobić cięcie. Szybkie USG i szum na cały oddział, że sala potrzebna, że anestezjolog, że szybko...... Zaczęłam dostawać skurcze, słyszałam tylko, że mam nie przeć... Starałam się z całych sił. Róbcie ze mną co chcecie, nieważne, byle tylko Nina przeżyła. Byle tylko ona z tego wyszła, ja się tu nie liczę. Wjechałam na salę, a tam wszyscy w gotowości. Ktoś kładzie mi maskę na twarz, krzyczę z bólu, ktoś wbija mi igły, przykleja coś.... Słyszę jeszcze jak ktoś pyta co ja tak krzyczę, to tylko igła... nie odpowiedziałam już, że przecież mam cholerny skurcz! Odpływam w czarną dziurę. Nina...
Wybudzenie po operacji, było jednym z najgorszych uczuć w życiu. Poczułam straszne zimno i paraliżujący ból. Telepało mną na wszystkie strony. Ktoś mi się pyta, kto się urodził. Kto się urodził? Nie mogłam wykrztusić słowa z bolącego mnie gardła... Zobaczyłam Blankę. Po chwili przyszedł Mąż. Gdzie Nina? Wszystko dobrze? Pokazuje mi zdjęcia. Nina na obserwacji. Pomogli mi przystawić Blankę do piersi. Cud. Mój mały 3090 gramowy Cud. Nina zjechała do mnie rano o 8. To był najcudowniejszy ranek na świecie, kiedy zobaczyłam jej małe bystre oczka, które na mnie patrzyły... 2980 g szczęścia. Przyszła na świat o 16:37. 20 minut je dzieli. 20 minut grozy i niesamowitego szczęścia. Jedna z położnych później żartowała, że Nina wyciągnęła rączkę powiedziała nam "papa" ja stąd nie wychodzę! I do teraz jest z niej łobuziara :)

To co działo się potem jest już nieważne, choć cierpienia było co niemiara...To są Dwa Najwspanialsze Cuda na świecie i pokochałam je największą miłością jaka może istnieć. Miłością matki.


Z lewej Nina, z prawej Blanka :)

25 sierpnia 2014

Naleśniki ze szpinakiem

Czasem z braku możliwości wyjścia z domu po zakupy lub z czystego lenistwa, gotuję szybkie potrawy z tego co akurat znajdę w lodówce :) Zamierzałam się już kilka razy na zrobienie tych naleśników, ale kończyło się tym, że jedliśmy po prostu na słodko z dżemem, jogurtem, cukrem... Mój mąż nie przepada za obiadami "na słodko". Poza tym dziś po pracy idzie jeszcze na kurs i będzie głodny jak wilk po, więc zrobiłam farsz ze szpinaku mrożonego, żeby zadowolić jego podniebienie :) Małe wcinały aż miło!

Ciasto:
- mleko
- dwa jajka
- mąka
- szczypta soli

Przepisu z dokładną ilością mleka i mąki nie znam, nie stosuję, więc nie podam ;) Nie ze złośliwości, ale dlatego, że odkąd pamiętam robię naleśniki "na oko" i gęstość ciasta oceniam na wyczucie :) Zatem po wyrobieniu ciasta smażymy naleśniki jak zwykle.

Farsz:
- 1 opakowanie mrożonego szpinaku
- 200 g serka śmietankowego
- 3 ząbki czosnku
- sól
- pieprz

Wyrzucamy na dużą patelnię szpinak (używam woka i polecam każdemu ten wynalazek :) ) i rozmrażamy, smażymy aż odparuje woda, gdy jest jej za dużo wylewamy. Dodajemy wyciśnięte ząbki czosnku, sól i pieprz. Na koniec dodajemy serek i smażymy aż się rozejdzie.

Faszerujemy naleśniki i zwijamy tak jak lubimy :) Smacznego!



14 sierpnia 2014

Kwiatowa rocznica ślubu i papryki nadziewane

Wczoraj obchodziliśmy czwartą rocznicę ślubu :) Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą zwana jest ona rocznicą kwiatową (spotykana też nazwa owocowa).Ech, jak ten czas leci! To już cztery lata... A ze soba jesteśmy już 9! 13.08.2010 rok... piątek :) Nie ma to jak igrać sobie z przesądów! Oczywiście, jak do nazwy pasowało, dostałam przepiękny krzaczek róż w kolorze różowo-fioletowym od Męża. Zabraliśmy dziewczyny i krzaczek róży na działkę. Stwierdziliśmy, że ją tam posadzimy w niedługim czasie :) Wtedy mój Mąż wpadł na romantyczny pomysł: "A może co roku będziemy sadzić krzaczek róży?" Pomysł oczywiście do mnie przemawia! Za kilka lat będzie pięknie... Będzie nasz wymarzony dom a w ogrodzie róże :) Kochany ten mój Mężuś! Jeśli za rok będzie o tym pamiętał, bo ja na pewno! 

Cudowne!

Oczywiście wieczorem przyszedł czas tylko dla nas dwojga. Postanowiłam zrobić coś prostego, ale jednak wyjątkowego :) Niestety przy takich maluchach czasu jest niewiele... A w rocznicę samo czerwone wino nie wystarczy ;)

Dla zainteresowanych przepis na papryki nadziewane i zapiekane z pieczarkami i mięsem mielonym:

-2 dość duże papryki czerwone
-150g mięsa mielonego (użyłam z indyka)
-1 cebula
-250g pieczarek
-Ulubiony ser
-1 łyżeczka koncentratu pomidorowego
-Sos chilli, sól, pieprz

Mój Mąż aż musiał zrobić temu daniu sesję :)

Kroimy pieczarki i cebulę siekamy, nie za drobno, podsmażamy na patelni. Dodajemy mięso, smażymy, doprawiamy solą i pieprzem. Gdy pieczarki się skurczą i wypuszczą sok dodajemy łyżeczkę koncentratu oraz sos chilli w zależności od tego jak ostre dania lubimy :) Papryki przekrawamy w miarę blisko czubka i wycinamy gniazda. Na dno papryki wkładamy trochę ulubionego sera, nadziewamy gotowym farszem. Górę posypujemy obficie serem. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do ok 180 stopni. Na jak długo ciężko określić, ale moje zapiekały się ok 15 minut. 

Smacznego!

6 sierpnia 2014

O! Bliźniaki!

Pewnie nie jestem pierwszą mamą bliźniąt piszącą na ten temat. Pewnie nie tylko mnie takie rzeczy czasem wkurzają... Może nawet mamy innych dzieci nam tego zazdroszczą? O czym mowa? O zaczepianiu nas/naszych dzieci na ulicy.
Odkąd bliźniaczki są na świecie, a za dwa dni to będzie dokładnie 11 mcy, nie było prawie żadnego dnia by ktoś nas nie zaczepił. A zaczepiają różni ludzie:
Na targowisku jedna mi zaczęła płakać. Jakaś kobieta do męża: "Oj popatrz, jak płaczą!" On: "Płacze" Ona: " Tam są przecie dwa" On: " No wiem przecie widze" Facet mądrzejszy od babki.
Zataczający się żul:
"O Jezuuu, jaki ładny widok! Musze se dotknąć te nóżki". Dotknął se, co o mały włos mnie nie sprowokowało do awantury.
Starsza babka, jeszcze jednak nie totalny moher, szła ze mną jakieś dobre dwieście metrów i mi nawijała:
"O Boże, o Boże a jak Pani sobie radzi?! Przecież to tyle roboty jest! Moja znajoma miała bliźniaki, to musiała pieluchy prać, gotować! A wie Pani co to z tych pieluch za smród w chacie był? A ile mają? I Pani tak sama? Nikt Pani nie pomaga?" I tak nawijała, aż w końcu musiałam wejść do zoologicznego po żwirek dla kota... "Ma Pani kota?" Już jej nie odpowiedziałam.
Takich przypadków jest wiele. Najlepsze są dzieci jak reagują same: "Ooo dwa dziecka! Mamo dwa dziecka!" To całkiem słodkie i naturalne. A babciom wołającym z daleka "Ooo patrz bliźniaki! Takie same!" Mam ochotę odkrzyknąć "Ooo patrzcie dzieci, pojedyńcze dziecko!" I autentycznie kiedyś tak zrobię :) Bo ile można się potulnie uśmiechać? W końcu to nie są jakieś eksponaty. Słyszałam nawet o tym, od innej multimamy, jak ktoś chciał się sfotografować z bliźniakami... 
Kiedy słyszę, że mi ktoś współczuje, to zamiast się miło uśmiechać, mówię, że nie ma czego bo to podwójna radość. Współczuć to można komuś kto nie może mieć dzieci lub komuś z chorym dzieckiem... Dla niektórych to chyba faktycznie jakieś nieszczęście.. "Współczuję Pani. A Pani jeszcze ma starszego syna? Ojej, to jest co robić." Czasem mam wrażenie, że niektórzy chcieliby mnie zdołować swoim komentarzem żeby sami mogli się poczuć lepiej. Ale cóż, tacy są ludzie... Niestety za dużo jest tych współczujących albo mam takiego pecha. A z oceną płci to już zupełnie inna bajka :) Bo chyba trochę na złość wszystkim wożę dziewczyny w niedziewczyńskim niebieskim wózku ;) Wiem, że w końcu to minie, kiedy małe wysiądą już ze swojej karocy. Jak widać, pomimo coraz większej liczby bliźniąt na świecie, nadal jest to fenomen. Może kiedyś za tym zatęsknię?
Mniamuśny palec :)
PS: Jeśli spotkacie nas na ulicy śmiało podejdźcie :) Nie gryzę, ale pamiętajcie, że nie ma czego współczuć!

3 sierpnia 2014

Z bakteriami za pan brat!

Wczorajsze harce w naszej jeszcze nie dokończonej piaskownicy, zainspirowały mnie do tego posta :)
Spędziliśmy upalny dzień na naszej działce, Tatuś zrobił już częściowo piaskownicę. Po jakimś czasie małe nam dawały się we znaki, więc trzeba było je czymś zainteresować. No to hop do 'piośnicy' :) Przyglądała się temu prababcia: "Jezus kochany, gdyby wuja W. to widział... On by nie przeżył!" Bo Wuja W. wychował jedną córkę w absolutnej czystości. Ja zrobiłam tak już nie pierwszy raz. 
Dla mnie jednym z najważniejszych aspektów wychowywania jest 'wolność' dziecka, a posiadanie przez nie tej wolności daje mu większe szanse poznania i zasymilowania się z otaczającym je światem. W tym również światem niewidzialnych dla nas drobnoustrojstw :) Drobnoustrojstwa te przylazły na działkę na psie Cioci. Nina uwielbia zwierzęta (dla Blanki mogłyby póki co nie istnieć, co trochę dziwi ;) ) i od razu wyszła z piaskownicy pogłaskać psa, wziąć poślinioną przezeń szyszkę w rączki. Dlaczego miałabym na to nie pozwolić? Mamy w domu kota i też pozwalam by go miętosiła. Oczywiście miały w buziach smoczki, ale ciekawość zwyciężyła! Nina położyła się twarzą w piasek i już wie, że jest niejadalny. A Blanka wypluwała smoczka i koniecznie chciała sprawdzić jak smakują kamienie. Udawało się jej, bo wiadomo,  dziecko wykorzysta te ułamki sekund kiedy odwracamy wzrok :)
Dzieci nabierają odporności tylko i wyłącznie dzięki przebywaniu w różnych środowiskach, o różnej pogodzie i stykaniu się z bakteriami.  Dlatego ja moim prawie 11mc dzieciom nie wyparzam już codziennie butelek, tylko myję. Jaki jest tego sens, skoro dziecko w takim wieku i tak wszystko bierze do buzi? Przecież codziennie zabawek nie wyparzam! Jeśli w ogóle jest to możliwe... Bo ja nawet ich nie myję. Podłogi po której raczkują codziennie też nie odkurzam i nie myję. Małe chodzą w czapkach tylko w pełnym słońcu no i wiadomo, jak temperatura spada. Po domu i dworze zasuwają na bosaka :) Dla niektórych to bardzo kontrowersyjny temat wręcz. Ale ja tylko współczuję tym co się tak spinają na co dzień i myją, wyparzają, na nic nie pozwalają. Starszak też tego wszystkiego doświadczał i ma się bardzo dobrze :)