26 lutego 2015

W TO GRAMY! III: Spadające Małpki

Gra Spadające Małpki należy do gier lekkich, łatwych i przyjemnych :) Z łatwością mogą ją opanować najmłodsze dzieci.

Rozkładamy duże drzewo, losowo wtykamy w nie patyczki. Następnie wrzucamy do środka wszystkie małpki aby zawiesiły się ogonkami na patyczkach. Patyczki mają trzy kolory. Za pomocą kostki losujemy kolor patyczka jaki musimy wyciągnąć z naszego drzewa. I wtedy zaczyna się zabawa - małpki zaczynają spadać! Wygrywa osoba, która strąci ich najmniej.

Czas gry: 5 - 10 minut
Liczba graczy: 2 - 4
Wiek: 3 lata

Graliśmy w tą grę gdy Gabriel miał 4 latka, lecz zdecydowanie polecam młodszym dzieciom, jako początek rodzinnych rozgrywek. Zabawa uczy kolorów i liczenia. Starsze dzieci uczą się dobrego podejmowania decyzji.



23 lutego 2015

O czym powinna pisać matka blogerka?

Ogólnie mało piszę postów na blog. Sama nie wiem z czego to wynika... Po części dlatego piszę ów post, który czytacie :) Chyba za bardzo skupiam się na tym, o czym wypada pisać lub co powinna pisać matka blogerka. Przejrzałam te swoje posty i widzę niezły miszmasz (matko jedyna, jakie trudne polskie słowo, dobrze, że istnieją słowniki), widać gołym okiem, że nie wiem o czym pisać!

Porady krążące tu i ówdzie dotyczące tego jak pisać bloga - chyba nie przestrzegam żadnych! Ponoć blog powinien być dobrze "ukierunkowany" i pisanie o wszystkim daje marne efekty... Relacjonowanie swego życia daje marne efekty... I sama nie wiem w co brnąć... Zaczęłam cykl o grach. Cykl miał być czwartkowy. Ostatni czwartek wypadł - będzie dziura - błąd - jak tak można - i co dalej? Ano poczekam na następny czwartek :) Tak, to niekonsekwencja i brak profesjonalizmu. Takie potknięcia są chyba nieuniknione przy trójce dzieci, panu Mężu i pracy. Hmmm... co tam jeszcze? Posty opiniotwórcze zaskakująco dużo mają wyświetleń, ale dla mnie powstały jakoś przypadkowo. Nie chciałam by był to blog, na którym oceniam jakieś produkty, ale cóż, gdy coś mnie ewidentnie, permanentnie wkurza to jest opinia. Oczywiście zła.

Zupełnie dziwnym trafem są tu posty kulinarne :) Haha! Kucharka ze mnie przeciętna, a dieta moich dzieci nie odbiega od reszty świata, choć staram się by zdrowo się odżywiały. Czy dodawać więcej przepisów? Nie zmieni się wtedy ten blog na kulinarny? Tematy o kupkach i dzieciowych za(k)upkach mnie nie kręcą. Przedstawianie wyidealizowanych obrazów moich dzieci (jak to bywa na różnych blogach) też mnie nie kręci. Nie mam porządnego aparatu to i zdjęcia są nieciekawe.

Mój brak zdecydowania, słomiany zapał i brak wytrwałości (czy to nie to samo?) są powszechnie znane. Nawet zastanawiałam się czy przestać pisać skoro nie mam obranego kierunku... Bo po co komu taki zamieszany blog.

Doszłam jednak do pewnych wniosków. To w końcu tylko blog! Wolno mi pisać o czym chcę :) Ważne by nie pisać o czymś co mnie nie interesuje i nie dotyczy. Nawet jeśli to blog tzw "parentingowy" to nie muszę pisać tylko o dzieciach. Bo przecież z nazwy już jestem Mamą 2 plus 1. O czym powinna pisać matka blogerka? O tym co zechce. Będę pisać o wszystkim. Nawet jeśli ten blog ma się rozejść na 100 kierunków. Nic nie muszę. No i po co czytałam te porady w stylu "jak pisać bloga?" Nie dostosuję się pewnie nigdy. Bo ma być życiowo. Nie pod kolor aktualnej mody. Nie będzie tu słodkich idealnych zdjęć idealnie ubranych dzieci. Będę pisać jak jest, a nie jak być powinno. Nie będę na topie mamowych blogów. I co z tego? Popiszę, pobazgrolę, Czytelnik to oceni. Od tego w końcu jest. I tyle.


Just me :)



15 lutego 2015

Walę tynki

14 lutego obchodzone są Walentynki. Każdy o tym dobrze wie, bo nie sposób nie zauważyć komercji narastającej wokół tego dnia. Ja jednak dziś nie o tym, bo tak na prawdę to "święto" jest już wpisane w moje życie odkąd słuchałam w podstawówce przez radiowęzeł pozdrowień, życzeń i wyznań. Nie będę zatem dyskutować na temat tego co inni o tym dniu sądzą. Obchodzę je i lubię. O!

Z moim Panem Mężem chodziliśmy w ten dzień przez kilka lat pod rząd do tej samej ulubionej restauracji. Raz udał się nam wyjazd na romantyczną kolację połączoną z noclegiem w hotelu. Zresztą i tak niedaleko, bo żaden turystycznie atrakcyjny zakątek to nie był... Gabi został wtedy pod opieką babci.

A co w tym roku? W tym roku szpital w domu. Trójka chora. 2/3 dzieci czyt. Bliźniaczki na antybiotyku. Nasz lekarz niestety był niedostępny... Rano byliśmy na całodobówce i zostaliśmy potraktowani jak kolejni do odhaczenia... Zresztą to to się nadaje na zupełnie osobny post.

Po powrocie do domu zaczęłam narzekać: " Ech, ale mamy "fajne" Walentynki w tym roku..." I tak spędziliśmy je chodząc po aptekach, z widelcem w jednej ręce próbując nakarmić czymkolwiek małe, które nie mają apetytu, a z termometrem w drugiej. Pod wieczór dostałam od Pana Męża różę i czekoladę, ale to chyba bardziej na pocieszenie niż z okazji Walentynek. Dzieci zasnęły, więc zapaliliśmy (chyba tylko symboliczną) świeczkę i włączyliśmy sobie film. Po całym dniu nie miałam siły na przygotowanie choć trochę wyjątkowej kolacji dla nas, ani nawet na łyk wina choć specjalnie je na ten dzień kupiłam. Noc w łóżku nie była namiętna i pełna fajerwerków. Obok położył się kaszlący Gabi. Ninka budziła się kilka razy i w końcu też wylądowała obok nas.

Oglądając film trochę było mi smutno z powodu tego "święta" które chcąc nie chcąc, nawet jeśli skomercjalizowane, powoduje, że chciałoby się faktycznie pójść na randkę, kolację albo upić się we dwoje jak to bywało kiedyś. Jak było przed dziećmi. Przypomniałam sobie ten czas sprzed kilku lat. Pomyślałam o tych bezdzietnych jeszcze parach i zaczęłam im zazdrościć. Szybko jednak mi minęło, bo Mąż uświadomił mi, że trudno, nie wyszło nic, ale przecież tydzień temu byliśmy na balu. Fakt. Byliśmy i to było Nasze święto. Czas tylko Nasz - bez dzieci. 

14 luty nie wyszedł? Trudno. Nasunął mi się jeden wniosek: celebrować związek można i trzeba cały rok. I nie ma po co się spinać. Nie musi to być w Walentynki i rocznicę. Za kilka dni dzieci będą zdrowe, może uda się gdzieś wyjść. Może uda się wieczorem posiedzieć bez stresu i strachu o dzieciaki. Ba! Jakie może? Na pewno! Nie zrozumcie mnie źle. Dzieci mi nie przeszkadzają w niczym, ale każdy związek potrzebuje takich przerywników. Tego czasu Tylko We Dwoje. I nie jestem zła na dzieci, że są chore. Są i trudno. Z dziećmi tak bywa. A z Mężem życzyliśmy sobie, że za rok będziemy walić tynki w nowo wybudowanym domu :)


Tak na poprawę humoru demot :)



13 lutego 2015

W TO GRAMY! II: Monopoly Szalona Gotówka

Dziś przedstawiam Wam kolejną grę planszową dla dzieciaków :) Tym razem coś "poważniejszego" czyli Monopoly - Szalona Gotówka. Myślę, że każdy z nas zna w mniejszym lub większym stopniu Monopoly. Ta gra bardzo dobrze mi się kojarzy. Grałam w nią z bratem i kuzynostwem podczas tradycyjnych ferii lub wakacji u babci. Godzinami mogliśmy ślęczeć nad tą planszą! Gra jest kultowa, nie dziwi więc nikogo, że powstała wersja tej gry dla młodszych dzieci.

Nasza wersja jest, jak sama nazwa wskazuje, szalona. Gra polega na zbiciu fortuny, jak w pierwotnej grze Monopoly. Zabawa jednak została urozmaicona o zdobywanie gotówki wprost z bankomatu przy użyciu karty! Dla dzieci to jest niezła gratka! Poza gotówką, szalony bankomat wydaje nam karty z zadaniami np. "Odgrywaj nazwę ulicy, na którą się przemieścisz: Skwer Ogromnego Rekina lub Rondo Lokomotywy" i wiele innych. Wierzcie mi, przy takich kartach z zadaniami cała rodzina się świetnie bawi! Nie będzie się dłużyła tak jak tradycyjny chińczyk, bo tu choć na chwilę trzeba wstać od stołu i pomachać rękami! Gra idealna na deszczowy i ponury dzień - rozweseli każdego.


Wiek: od 5 lat
Liczba graczy: 2 - 4
Czas: 20 - 60 minut



Dzięki tej grze dziecko poznaje i uczy się czym są pieniądze i jak się ich używa. Uczy się:
- liczyć
- odgrywać role (ćwiczenie wyobraźni)
- podejmować decyzje
- wielu pojęć takich jak: drogi, tani, czynsz, właściciel, bank, zarabianie itp

Gra jest niezawodną receptą na nudę! Jeśli Was nie przekonałam, to wyobraźcie sobie jak odgrywam Ulicę Galaretkową albo nawet sam Szalony Bankomat! :)

5 lutego 2015

W TO GRAMY! I: Pędzące żółwie

Postanowiłam zrobić krótki cykl czwartkowy pt "W to gramy!". Nietrudno się domyślić, że chodzi o gry z dzieckiem. Konkretnie gry planszowe i im podobne. Z moim starszym synem Gabim często gramy w jakąś grę wieczorem, gdy bliźniaczki zasną. Jeśli się uda zrobić to oczywiście w miarę wcześnie. Jest to chwila tylko dla nas.

Dziś przedstawię Wam jedną z naszych pierwszych gier: "Pędzące żółwie". Gra jest bardzo prosta już dla najmłodszych ze względu na to, że nie ma w niej kostki i wystarczy gdy dziecko umie liczyć do dwóch.

Wiek: od 3,5 lat (choć na opakowaniu jest od 5:))
Liczba graczy: 2 - 5
Czas: 5 - 15 minut



Gra polega na przeprowadzeniu swojego żółwika do rosnącej na mecie sałaty. Jednak poruszać trzeba wszystkimi żółwiami według ruchów jakie dostaniemy na przypadkowych kartach: czerwony dwa pola do przodu, ostatni w kolejce do przodu, zielony jedno pole do tyłu itp. Kolor swojego żółwika trzeba zachować w tajemnicy żeby przechytrzyć przeciwnika. Młodszym można to odpuścić i grać w "otwarte karty". Żółwie mogą stać jeden na drugim w tej grze. Zdarzało się, że wszystkie 5 tworzyło wieżę :)

W trakcie gry dziecko uczymy pojęć takich jak:
- idź do przodu
- idź do tyłu
- kolejka
- ostatni w kolejce
- kolory
- liczenia do dwóch
- plus i minus
- podejmowanie decyzji
- ćwiczenie pamięci
- strategicznego myślenia (dzieci starsze)


To była nasza pierwsza gra planszowa i graliśmy w nią gdy Gabi miał 3 latka. Zabawa nie trwa długo, ale też nie jest przykrótka :) Do dziś ją bardzo lubimy, nawet ja i mąż mamy niezły ubaw próbując nawzajem odkryć jakiego żółwia ma przeciwnik :) Polecam na dobry początek!

2 lutego 2015

Przyznanie się do porażki...

1 grudnia zeszłego roku postanowiłam zrobić sobie wyzwanie Zmieniam ciało w 10 tygodni. Te 10 tygodni mija za tydzień. I niestety muszę przyznać się Wam do pełnej porażki. Złożyło się na nią kilka rzeczy plus moja tendencja do wszelkiego wieczornego lenistwa, czyt. wybierania Fb lub Kindla z książką zamiast ćwiczeń. Wstyd jak nic. Ale cóż, jak się coś publicznie obiecało to trzeba się z tego rozliczyć :)

Najważniejszym błędem, błędem nr 1 było wybranie terminu. Nie wiem kto z początkujących przy zdrowych zmysłach wybiera grudzień... Mikołajki, Święta, Sylwester... Plus siedzący w domu pan Mąż w tym czasie... Wiadomo, że to czas odpoczynku... Ale przede wszystkim czas obżarstwa i gotowania. Choćbym stanęła na głowie i tak nie pozbyłabym się chęci ciągłego podjadania. A już zwłaszcza podbierania z góry słodyczy jaką moje dzieci niestety dostały.

Drugim błędem było wybranie zestawu Ewy Chodakowskiej. Dużo wcześniej ćwiczyłam jej Skalpel i nie było mi absolutnie nic - jedynie zakwasy z początku. Z zestawem Ekstra Figura, który wybrałam na początku nie było problemów. Po 4 razie z tym zestawem nie mogłam wstać na drugi dzień. Bolał mnie górny odcinek kręgosłupa. Nie mogłam wykonać wielu czynności i to przez ponad tydzień. Stwierdziłam, że albo mam za słabe mięśnie grzbietu albo ćwiczenia Ewy szkodzą. Jest jednak ćwiczenie z tego zestawu, które bardzo lubię (patrz od 14:15 z filmiku https://www.youtube.com/watch?v=7ox61vrNmto) i podczas którego czuje się ból z tyłu nóg, czyli tam gdzie nam się często zbiera niechciany cellulit. Zestaw ostatecznie porzuciłam. Nie szukałam nowego. Po ustąpieniu bólu pleców zaczęłam jeździć na rowerku stacjonarnym tak jak w pierwszym tygodniu, ale niestety rzadko.

Ile faktycznie ćwiczyłam? Pierwsze 10 dni było tak jak w planie sobie założyłam. Potem wykluczył ćwiczenia ból, później Świąteczny czas obżarstwa. I sporadyczne jazdy rowerem. Łącznie od 1 grudnia do teraz trenowałam 15 dni. Baaaardzo mało. Zakładałam więcej, ale poległam i biję pokłony wszystkim wytrwałym. Zdjęć nie wstawię. Przed i po wyglądam tak samo. Po Nowym Roku waga poskoczyła o 2kg.

Osiągnęłam porażkę.

Co dalej?

Dziś poniedziałek. Nowy miesiąc. Nowe wyzwanie! Na razie ciii. Nie wspominam o tym, bo znowu będę musiała się tłumaczyć. A wolę nie. Jeśli się uda to napiszę o tym na pewno! Po cichu tylko Wam szepnę, że będzie pewna czarnoskóra Pani, którą uwielbiam, bo kiedyś już przerabiałam. Kto choć trochę fitnessuje w domu ten wie :) Pozdrawiam wytrwałych i takich, którzy jak ja ciągle próbują! Trzymam kciuki za Was. I proszę Was o to samo :)