30 stycznia 2015

DIY: Prosty zegar do nauki

Uznałam, że już najwyższy czas nauczyć Starszaka odmierzania i odczytywania czasu. Dostał jakiś czas temu zegarek elektroniczny. Umie z niego odczytać czas bez większych problemów. Umie w końcu od niedawna liczyć do stu i odczytywać dwucyfrowe liczby.

Jednak zegar analogowy jest mu niemal zupełnie obcy. Nie posiadamy takiego w domu, ale myślę, że ze względu na niego trzeba będzie jakiś kupić. W przedszkolu, a później w szkole dzieci są uczone odczytywania godzin na zegarze analogowym. Poza tym dziecko patrząc na tradycyjny zegar "widzi" upływający czas. Widzi jak wskazówka sekundowa okrąża tarczę i poznaje co to minuta. Gdy określimy dziecku, że za 30 minut kończy oglądać bajki i pokażemy mu na zegarze kiedy to nastąpi, będzie widziało jak powoli wskazówka minutowa przesuwa się ku wytyczonej godzinie. Będzie potrafiło ocenić ile czas mu zostaje, zerkając co jakiś czas na zegarek. Zegarek elektroniczny tego odczucia nie oddaje tak namacalnie.

Postanowiłam nie kupować żadnych książeczek do nauki z plastikowymi wskazówkami tylko zrobić taki zegarek sama. Zajęło mi to kilka minut. Już podczas robienia Gabi się zaangażował :) Na prawdę nie potrzeba wiele, to jak "coś z niczego". Użyłam papierowego talerzyka, 2 rurek do napojów, pinezki, kawałka korka i oczywiście mazaka. Żeby było zachęcająco talerzyk w dziecięce wzory - pozostałość po letnim grillowaniu. Rysujemy tarczę zegara (idealnie mi to nie wyszło, ale co do milimetra być wcale nie musi) najlepiej jeśli zamieścimy 24 godziny. Na środku przypinamy wskazówki najlepiej różnokolorowe, od spodu przyszpilamy do korka (może być filc a nawet kawałek listewki). Gotowe.

Proste w wykonaniu, a daje bardzo wiele. Uczymy najpierw do 12 godziny, potem do 24. Możemy zwiększać stopniowo trudność, uczyć liczenia co 5 podając godzinę np. 12:25 (5, 10, 15... ), uczyć pojęć dotyczących czasu np. czym jest kwadrans, doba etc. Uczenie się na takim zegarze pozwala rozwinąć umiejętności matematyczne, analityczne i co ważne, dziecko poznaje działanie zegara empirycznie. Dodajmy do tego prawdziwy zegar analogowy i sukces w uczeniu gwarantowany. To do dzieła!


29 stycznia 2015

Sport w życiu dziecka

Niektórzy z Was pewnie wiedzą o tym, że Gabriel uczęszcza na treningi karate. Zdobył już pierwszy stopień uczniowski i pierwszy medal na zawodach. Jak to się zaczęło?

Pod koniec sierpnia zeszłego roku przygotowywaliśmy się do nowego roku szkolnego - ostatniego roku w przedszkolu. Repertuar przedszkola co do zajęć dodatkowych zeszczuplał maksymalnie... Zaczęliśmy szukać jakiegoś zajęcia poza przedszkolem. Pojawił się nabór na zajęcia karate. Ja jak to matka oczywiście zaczęłam się zastanawiać czy moje 5 letnie dziecko dałoby sobie radę. A jak sobie nie poradzi? A jak nie będzie umiał się skupić? Pomyślałam w końcu, że nie ma co za dużo myśleć tylko trzeba dać dziecku spróbować.

Trener rodzicom nie pozwolił wejść na salę nawet na pierwszych zajęciach twierdząc, że rozprasza to dzieci. Na szczęście młody znakomicie to zniósł - nie byliśmy mu potrzebni. Po pierwszych zajęciach okazało się, że Gabiemu bardzo przypadło karate do gustu!

Nawet nie zauważyliśmy kiedy minął pierwszy semestr. Każdy wtorek i środa, regularne treningi... i przyszedł czas na pierwszy egzamin. Egzamin na biały pas. Zdał go znakomicie. W nagrodę dostał od nas kimono.

W minioną niedzielę odbyły się u nas Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski Karate na które przybyły setki dzieci. I znów ta sama obawa we mnie się pojawiła. Czy sobie poradzi? Czy nie jest za młody? Czy nie powinien jeszcze rok poćwiczyć? Zawsze miał tremę przed wszelkimi występami w przedszkolu i to taką, że odbierała mu mowę. Jednak to on sam zweryfikował moje wątpliwości! Powiedział, że chce iść na zawody i sobie poradzi. Poradził sobie na srebrny medal w jednej z konkurencji. I szczerze, bardzo mnie zaskoczył! Tym bardziej, że jest jednym z dwójki najmłodszych dzieci w swojej sekcji.

Tak oto w życiu mojego dziecka pojawił się sport. Co mu daje? Same pozytywy. Po pierwsze ruch! A wiadomo nie od dziś jaki jest ważny dla zdrowia dzieci jak i... rodziców. Bo wybiegane dziecko jest spokojniejsze i mniej wybuchowe. I lepiej śpi. Co jeszcze? Wpojenie zasad fair play. Poznanie czym jest współpraca, a czym rywalizacja. Nauczenie się szacunku do autorytetu - w tym wypadku trenera. Gabi uczy się wygrywać jak i przegrywać. Uczy się samodzielności, czytaj, przebierania się w szatni. Poza tym zauważyłam u niego większą pewność siebie i otwartość na innych. I wiem jedno: w przedszkolu by tego wszystkiego nie zdobył. A ja musiałam się przekonać, że aby wiedzieć czy nasze dziecko poradzi sobie z czymś czy nie to TRZEBA dać mu spróbować. Dać szansę. W moim przypadku dopiero się przekonam, czy ją wykorzystał i będzie odnosił sukcesy, choć do niczego go nie zmuszamy. Ten medal był naszą wisienką na torcie.



Wiem, że pas źle zawiązany... Jeszcze nie skumałam :P

A to historia z ostatniego treningu:

Gabi nie chciał trenować z pasem. Idziemy do Trenera:
Ja: Czy Gabi może dziś trenować bez pasa? Upiera się, że nie chce.
T: Gabi, dlaczego nie chcesz nosić pasa?
G: Po prostu nie chce.
T: Ale pamiętasz, że ciężko zapracowałeś na niego i zdawałeś egzamin żeby go nosić?
G: Tak, ale nie chcę.
T: A gdy zdobędziesz czarny pas, to też nie będziesz go nosił?
G: Nieee, no czarny to ja będę nosił!
:)

14 stycznia 2015

Kreowanie rzeczywistości

Mój Gabi obecnie jest na bardzo ciekawym etapie rozwoju. Odkrywa na swój sposób świat, język jakim się posługuje i zapamiętuje. Czasem to, o czym wolelibyśmy by nie pamiętał.

Zasób słów, które dziecko zna w wieku 4-5 lat to od 1,5 do 2 tyś słów. Jednak, aby się komunikować to nie wystarcza mojemu synowi. Kiedy chce coś powiedzieć często sam tworzy słowa, których nie zna. Nazywa rzeczy, których nazw nie zna po swojemu. Słowotwórstwo idzie mu sprawnie, często nas zaskakuje. Polska język jest trudna, ale elastyczna! Tą elastyczność naszego ojczystego języka dziecko potrafi wykorzystywać do swoich potrzeb. I tak, najczęściej w zabawie, gdy coś nie ma nazwy lub jej nie pamięta, powstają najrozmaitsze słowa. Bardzo słowoodtwórczy "kradziej" zamiast "złodziej" od słowa "kraść" rzecz jasna. Ba! Powstają nielogiczne rymowanki, a nawet przysłowia czy... Przekleństwa. Bo chyba krzyknięcie "na pęknięte kamyki!" jest jakimś przekleństwem :) Obok nowych słów i powiedzonek pojawiają się także coraz sprytniejsze odpowiedzi. Rano Tatuś go budzi, a on na to: "Tatooo... Ale moje oczka nie chcą się otworzyć..." Bywa, że rozśmiesza wszystkich dookoła.

Kreatywność objawia się dużą samodzielnością w zabawach. Zwłaszcza, w tych, które polegają na odtwarzaniu jakichś ról. Gabi coraz częściej bawi się z siostrami w takie zabawy. Ostatnio Ninka często bywa królową, a on rycerzem broniącym jej zamku. Wczuwa się w swoją rolę. A Nina bywa nieznośną i kapryśną królową, w dodatku nie słucha go, no ale jak by wyglądało królestwo jej łóżeczka gdyby słuchała rad jakiegoś tam rycerza ;)

Gabi potrafi też kreatywnie stworzyć sam grę planszową! Rysuje na kartce kwadraty, a pionkami stają się resoraki. Jest kostka i zasady. Zasady oczywiście muszą być takie by wszystko szło po jego myśli. Gra w policjantów i złodziei zrobiona z klocków lego była świetna, był posterunek i więzienie, a nawet możliwość ucieczki złodzieja (kradzieja) helikopterem! Grał w nią z Tatą. Zasady były określone, ale jak to zwykle bywało zmieniały się co chwile. Uparcie chciał osiągnąć swój cel.

Na spacerze niedawno również mnie zaskoczył. Idziemy, idziemy, a on rzuca sobie patyk do przodu i skacze do niego na jednej nodze. Pytam co robi, a on mówi, że to taka zabawa, w której trzeba dojść do patyka na jednej nodze. Pytam skąd ją zna, a on mówi, że przed chwilą to wymyślił.


To jest coś co można nazwać naginaniem rzeczywistości do swoich potrzeb. Dziecko nie zna języka, świata i reguł w nim panujących. Kreuje rzeczywistość bez zastanowienia się nad tym czy tak akurat można. Myśli innymi kategoriami. Przy grze w policjantów i złodziei Gabi kłócił się z Tatą o zasady. Według niego zasady można zmieniać, bo to on wymyślił tą grę. Tata twierdził, że raz ustalonych zasad trzeba się trzymać. I tym różni się rzeczywistość dorosłego i dziecka. Może powinniśmy się tego od dzieci uczyć? Podpatrywać je i naśladować w ich upartości? Zrobić coś czasem wbrew zasadom? Dążyć do celu bardziej uparcie? Nagiąć rzeczywistość do swoich potrzeb? Myśleć nieszablonowo? Myślę, że można!

"Ci, którzy są wystarczająco szaleni, by myśleć, że są w stanie zmienić świat, są tymi, którzy go zmieniają."
 — Steve Jobs


6 stycznia 2015

Uwaga! Suplementy nadchodzą!

Czy nie macie wrażenia "zasypywania" naszego życia suplementami diet? Włączając dziś telewizję można stwierdzić, że niemal co druga reklama to reklama suplementów, leków przeciwbólowych i na przeziębienie. Jakie w tych reklamach problemy mają Polacy? Są grubi, przemęczeni, nerwowi, mają problemy z prostatą, wątrobą, trawieniem, menopauzą, a nawet ochotą na seks. Ale czy faktycznie je mamy, czy nam się te problemy wmawia? Ulegamy reklamie, promocji w aptece, czasem nawet się nie zastanawiając.

A co z pojawiającymi się suplementami dla dzieci? Na odporność jeszcze zrozumiem... stary dobry tran. Na zęby niedawno Junical. Zgrzytałam zębami gdy to widziałam. Apetizery na apetyt. Ale reklama syropku na sen dla dzieci mnie powaliła. Podnoszę się ledwo z łopatek po tym, ale cóż, musiałam o tym napisać. Piękna reklama o dziecku, które miało problemy ze snem, ale pomógł Tulleo. Nowy, niezastąpiony produkt, który powinien stanąć w apteczce obok Junicalu. W apteczce dobrego rodzica rzecz jasna. Ale mądrego jednocześnie zapewne nie.

W dzisiejszym świecie ciągle się spieszymy, jesteśmy zabiegani, zestresowani, na wszystko szukamy szybkich rozwiązań. I suplementy są dla niektórych rozwiązaniem problemów zdrowotnych. Lub wpojonym przez reklamę rozwiązaniem problemów zdrowotnych. Gotuje się we mnie za każdym razem, gdy widzę reklamę Tulleo w telewizji. Wyobrażam sobie wtedy zalatanych bezmyślnych rodziców, którzy sami biorą różne suplementy rano i wieczorem, a ich dziecko przed snem marudzi i jest niespokojne. Albo budzi się w nocy. A może budzi się zbyt wcześnie. I nagle widza tą reklamę i postanawiają biec do apteki, bo właśnie znaleźli antidotum. Gorzej. Wyobrażam sobie jak uzależnili siebie i własne dziecko od tego syropku... Czarna wizja, ale myślę, że całkiem prawdopodobna.

Co zawiera ten Tulleo? Niby nic uzależniającego. Melisa, rumianek, lipa... ot wyciągi z ziół. Junical? Wapń, fosfor, magnez... I jeszcze najróżniejsze preparaty multiwitaminowe w zdecydowanej większości zawierające syntetyczne witaminy - czyli wchłaniane gorzej przez organizm! Czy to na prawdę nie daje do myślenia? Czy zamiast Tulleo nie lepiej zrobić niespokojnemu maluchowi herbatkę ziołową wieczorem? Może należałoby utulić i spędzić więcej czasu z dzieckiem? Czy serio zęby naszych dzieci potrzebują tyle dodatkowego wapnia jeśli piją mleko i jedzą np. żółty ser? Czy przypadkiem nie słyszeliśmy o tym, że witaminy są w owocach i warzywach, a odporność mały człowiek musi nabyć?Koniecznością według mnie jest tylko podawanie wit D3 dzieciom. Podaję ją bliźniaczkom. Tran, który również jest bogaty w wit D, podaję zimą wszystkim. Reszta jest wymysłem przemysłu farmaceutycznego, który niezmiernie mnie wkurza.

Zastanawiam się co się dzieje z naszymi podatnymi mózgami zasypywanymi tym badziewiem w reklamach. Swoisty boom suplementów dla dorosłych trwa. Zaczyna się boom suplementów dla dzieci i polowanie na leniwych rodziców. Nie dajmy się omamić, nie bądźmy bezmyślnymi rodzicami. Nie karmmy dzieci suplementami, bo tak nam wygodnie, bo tak usprawiedliwimy swoje lenistwo w dbaniu o dietę naszej rodziny. I bądźmy mądrzy! Czytajmy uważnie etykiety tych produktów zanim je kupimy! Suplement to coś co można zastąpić. Lecz nigdy nie zastąpi on zdrowego odżywiania i trybu życia! Amen.