14 lutego obchodzone są Walentynki. Każdy o tym dobrze wie, bo nie sposób nie zauważyć komercji narastającej wokół tego dnia. Ja jednak dziś nie o tym, bo tak na prawdę to "święto" jest już wpisane w moje życie odkąd słuchałam w podstawówce przez radiowęzeł pozdrowień, życzeń i wyznań. Nie będę zatem dyskutować na temat tego co inni o tym dniu sądzą. Obchodzę je i lubię. O!
Z moim Panem Mężem chodziliśmy w ten dzień przez kilka lat pod rząd do tej samej ulubionej restauracji. Raz udał się nam wyjazd na romantyczną kolację połączoną z noclegiem w hotelu. Zresztą i tak niedaleko, bo żaden turystycznie atrakcyjny zakątek to nie był... Gabi został wtedy pod opieką babci.
A co w tym roku? W tym roku szpital w domu. Trójka chora. 2/3 dzieci czyt. Bliźniaczki na antybiotyku. Nasz lekarz niestety był niedostępny... Rano byliśmy na całodobówce i zostaliśmy potraktowani jak kolejni do odhaczenia... Zresztą to to się nadaje na zupełnie osobny post.
Po powrocie do domu zaczęłam narzekać: " Ech, ale mamy "fajne" Walentynki w tym roku..." I tak spędziliśmy je chodząc po aptekach, z widelcem w jednej ręce próbując nakarmić czymkolwiek małe, które nie mają apetytu, a z termometrem w drugiej. Pod wieczór dostałam od Pana Męża różę i czekoladę, ale to chyba bardziej na pocieszenie niż z okazji Walentynek. Dzieci zasnęły, więc zapaliliśmy (chyba tylko symboliczną) świeczkę i włączyliśmy sobie film. Po całym dniu nie miałam siły na przygotowanie choć trochę wyjątkowej kolacji dla nas, ani nawet na łyk wina choć specjalnie je na ten dzień kupiłam. Noc w łóżku nie była namiętna i pełna fajerwerków. Obok położył się kaszlący Gabi. Ninka budziła się kilka razy i w końcu też wylądowała obok nas.
Oglądając film trochę było mi smutno z powodu tego "święta" które chcąc nie chcąc, nawet jeśli skomercjalizowane, powoduje, że chciałoby się faktycznie pójść na randkę, kolację albo upić się we dwoje jak to bywało kiedyś. Jak było przed dziećmi. Przypomniałam sobie ten czas sprzed kilku lat. Pomyślałam o tych bezdzietnych jeszcze parach i zaczęłam im zazdrościć. Szybko jednak mi minęło, bo Mąż uświadomił mi, że trudno, nie wyszło nic, ale przecież tydzień temu byliśmy na balu. Fakt. Byliśmy i to było Nasze święto. Czas tylko Nasz - bez dzieci.
14 luty nie wyszedł? Trudno. Nasunął mi się jeden wniosek: celebrować związek można i trzeba cały rok. I nie ma po co się spinać. Nie musi to być w Walentynki i rocznicę. Za kilka dni dzieci będą zdrowe, może uda się gdzieś wyjść. Może uda się wieczorem posiedzieć bez stresu i strachu o dzieciaki. Ba! Jakie może? Na pewno! Nie zrozumcie mnie źle. Dzieci mi nie przeszkadzają w niczym, ale każdy związek potrzebuje takich przerywników. Tego czasu Tylko We Dwoje. I nie jestem zła na dzieci, że są chore. Są i trudno. Z dziećmi tak bywa. A z Mężem życzyliśmy sobie, że za rok będziemy walić tynki w nowo wybudowanym domu :)
Tak na poprawę humoru demot :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz