13 kwietnia 2015

Kiedy choruje trójka dzieci...

...to ma się wszystkiego dość. Dwa miesiące temu wróciłam do pracy, po dwóch latach "siedzenia w domu" o czym niektórzy z Was już wiedzą. W tym czasie dzieci zaczęły często chorować... Wiosenne przesilenie zdecydowanie im nie posłużyło. Dwa tygodnie temu bliźniaczki przeziębione i lekko kaszlące, z ropiejącymi oczkami trafiły do lekarza. Dostały krople do oczu, na kaszel i jakiś syropek. Przekonałam się, że mogą płakać na żółto-zielono. I ja mogę płakać, że przy powyżej 15 stopniach i pięknym słońcu muszę je trzymać w domu. Przeszło w miarę szybko.

Po Wielkanocy kaszel nasilił się bardzo Blance. Obie w ogóle miały gile do kolan. Postanowiłam nie dawać maludów do żłobka, tylko zawieźć je do Niani. Po drodze Blanka zwymiotowała. Kurtka, fotelik, tapicerka... Szybkie ratowanie się ręcznikami, maludy do Niani, a ja do pracy. Spóźniona. Tylko jak się skupić na pracy, gdy zostawia się chore dziecko? Wyjścia innego nie było :( Na szczęście po trzech godzinach opiekę przejmował Tata. Noc ciężka, kaszel było słychać u każdego potomka. Gabriel zwymiotował i na całe szczęście do ... nocnika. Był pod ręką Taty. Następnego dnia dzieci trafiły do lekarza z Tatą (tak wypadło - ja znowu musiałam być w pracy). Zapalenie oskrzeli. Antybiotyk (grrrr!) i inhalacje. Z apteki w dodatku dwa lekarstwa Tata wykupił zupełnie niepotrzebnie... Były już w domu. Zgroza. Kolejna ciężka noc. Tata postanawia wziąć wolne i siedzieć w domku. Piątkowym rankiem, kiedy myślałam, że jakoś ten ostatni dzień przeżyjemy, Nina zwymiotowała prosto na mnie poranne mleko i dopiero co podane leki... Musiałam wziąć prysznic. Znów dzieci 3 godziny u Niani. Jakby tego było mało w pracy okazało się, że w sobotę muszę jeszcze przyjść... Poszłam.

Teraz Gabrielowi jeszcze nie przechodzi, a Blanka i Nina są niemal wykurowane. Dziś mam wolne. Mam nadzieję, że w końcu ta zła passa minie. Fala choróbsk plus praca na etacie jest jak wojna. Stresu się najadłam co niemiara. Na chorujących dzieciach też się to odbija. Nawet na budżecie domowym. I po tym tygodniu muszę przyznać, że gdybym nie musiała wracać do pracy, gdyby Pan Mąż zarabiał więcej, "siedziałabym w domu" do trzeciego roku życia Bliźniaczek. A przy następnej potrójnej fali wywieszę białą flagę. Wezmę sobie tygodniową opiekę.

8 kwietnia 2015

Z DZIENNIKA BUDOWY I: startujemy!

Ponieważ ten blog jest z założenia "mamowy" to przepraszam z góry wszystkich za ten post, ale teraz budowa domu będzie nierozerwalną częścią mojego życia :) Życia również moich dzieci o czym się już przekonałam. Jest to nasze wspólne marzenie, które realizujemy i którym chcę się odrobinę podzielić.

Droga do tego momentu, w którym obecnie się znajdujemy zajęła nam ROK. Rok powolnego, mozolnego załatwiania wszelkiej papierologi potrzebnej najpierw do kupna działki, potem do kupna projektu i do uzyskania pozwolenia na budowę i kredytu. Wszystko to kosztowało nas sporo czasu i pieniędzy... Przeszliśmy długą drogę, na której spotkało nas kilka przeszkód, które podcinały nam skrzydła, ale daliśmy sobie z nimi radę. 

Gdy w końcu uzyskaliśmy pozwolenie na budowę byliśmy bardzo szczęśliwi, ale wiedzieliśmy, że to dopiero początek... Bez własnych oszczędności wiedzieliśmy, że potrzebny będzie nam kredyt. I szczerze nie wierzyliśmy, że w naszej sytuacji go dostaniemy. Byliśmy przekonani, że trzeba będzie poczekać aż wrócę do pracy, zacząć zarabiać więcej, dać sobie na to jeszcze pół roku, a nawet rok.  Po odrzuceniu dwóch naszych wniosków załamaliśmy się... ale na początku tego roku się udało! I tak oto od marca mamy coś, co według niektórych bardziej spaja małżeństwo niż akt ślubu ;) Kredyt hipoteczny. Po otrzymaniu go poczułam się bardzo ciężka, ale wiem, że było to jedyne wyjście. 

Wszystkie ciepłe dni spędzaliśmy na naszej działce, powstał płot, ławka, stolik, piaskownica dla dzieci... Przyzwyczajaliśmy się do tego miejsca. NASZEGO miejsca na ziemi. Już w głowie planowałam sobie położenie ścieżek, tarasu, huśtawki oraz małego ogródka warzywnego. Zastanawiałam się na co będę mieć widok z okna w kuchni... Czy słońce idealnie oświetli taras podczas letnich dni... I jak bardzo nareszcie będę mogła delektować się ciszą. Tym, że wystarczy wyjść kilka kroków z domu by być blisko natury.

W święta przybyliśmy tam z dzieciakami by mogły zobaczyć wreszcie pierwsze kroki ku realizacji naszych marzeń. Garaż, od którego zaczyna się większość budów w naszym kraju stanął tam w piątek. O 6 rano jechaliśmy tam by przygotować pod niego miejsce. Tego samego dnia pod wieczór został ściągnięty humus na obszarze na jakim stanie nasz dom. Nareszcie na prawdę ruszamy! Widać, że coś się dzieje! Góra ziemi robi na dzieciach wrażenie, kopią, wspinają się, próbują zjeżdżać. Wiem, że to dopiero początek. Wiem ile jeszcze nas czeka całego tego budowania. Ale poczułam w końcu, że nasze marzenia na prawdę się realizują. Że już nie są marzeniami - są celem, który w zaplanowany sposób osiągamy :)


Blanka


Ninka


Nasze MIEJSCE NA ZIEMI

6 kwietnia 2015

Drewniane zabawki od Zajączka!

W tym roku Wielkanoc spędziliśmy tradycyjnie w gronie najbliższych przy zastawionych stołach, czyli po polsku na wypasie. Nie pichciłam nic w tym roku. Nie robiłam porządków by mój dom lśnił. Chyba tylko dlatego, że nikogo nie zapraszałam do nas. Korzystałam z wolnego czasu z dziećmi, którego wciąż mi mało po powrocie do pracy.

Wielkanoc byłaby niczym bez tradycyjnego Zajączka zostawiającego drobne prezenty dzieciom. Gabriel dobrze już zna zabawę w ogrodzie zaraz po świątecznym śniadaniu. Pochowane w różnych zakątkach ogródka słodycze i zabawki czekają by je znalazł. Bliźniaczki uczestniczyły w tym po raz pierwszy. Pamiętam dobrze ten zwyczaj z dzieciństwa. W ogródku mojej babci pochowane głównie słodycze... Szukanie ich zawsze sprawiało mi wielką radość, niemal taką jak otwieranie prezentu pod choinką.

Naszym dzieciom w tym roku postanowiliśmy kupić kilka małych rzeczy. Zawsze byłam zakochana w drewnianych zabawkach, mają w sobie dużo uroku, są naturalne i trwałe. Z Mężem wybraliśmy kilka ciekawych zabawek na allegro, które sami pamiętamy z dzieciństwa. Znaleźliśmy drewniane jojo, pistolet korkowy, gwizdek, szklany mini kalejdoskop, grę kendama (japońską zabawkę złożoną z czegoś na kształt młotka połączonego z kulką na sznurku albo jak ktoś pamięta "Yattamana" to właśnie ta zabawka była tam bronią ;)) i klepsydrę do odmierzania czasu mycia zębów. Kultowe rzeczy, których czas jeszcze nie zatarł. Możliwość pokazania dzieciom podobnych zabawek, którymi bawili się rodzice, a nawet dziadkowie jest na prawdę fajną i ważną sprawą. Niech pokoje naszych dzieci nie toną całkowicie w modnym aktualnie plastiku z logo popularnych bajek. Warto na chwilę wyjść poza ten nurt. Szukanie naszych drewniaków i babcinych słodkości i zabawek sprawiło im dużo frajdy! Na pewno tę tradycję podtrzymamy w następnych latach.


Halo Zajączku, jesteś tu?



Ooo, był tutaj i chyba zgubił koszyk!


Znalazłem!