28 listopada 2014

Chodzik? Zdecydowanie NIE!

Trójca moich wspaniałych dzieci już chodzi. Jedno co prawda od pięciu lat prawie ;) Bliźniaczki dreptać zaczęły gdy skończyły 13 miesięcy. Niedawno byliśmy na spacerze w lesie i Nina za rączkę bardzo chciała chodzić. Tak się nam dziewczyna rozpędziła, że do wózka nie chciała wrócić za Chiny ludowe! :) Zaliczyła swój pierwszy kilometr. Blanka jeszcze tak niepewnie stawia kroczki, ale niedługo dogoni siostrę.
Wszystko to moje dzieci osiągnęły bez pomocy wg mnie zupełnie niepotrzebnego sprzętu jakim jest chodzik. Wiem, że to jest temat kontrowersyjny, wywołuje emocje wśród rodziców niemałe. Moje zdanie na ten temat zawsze było takie samo. Chodzikom mówię NIE. A wkurza mnie już szczególnie uzasadnianie nieszkodliwości chodzików zdaniem: "Ja chodziłam, nic mi nie jest" albo "Czwórkę dzieci wychowałam, używały chodzika i jakoś nic im nie jest". Może akurat tym nie, ale innym już tak.
Zawsze uważałam, że malutkie dzieci aby prawidłowo się rozwijać potrzebują wolnej przestrzeni. Żadne moje dziecko nie miało nawet leżaczka - bujaczka. Gdyby się nad tym zastanowić, to nasze babcie jakoś obyły się bez chodzika. Wynalazku wymuszającego u dziecka pewną pozycję, która jest wręcz nienaturalna. Maluch posadzony w takim wynalazku rozleniwia się w pewien sposób. Przestaje ćwiczyć równowagę, bo nie musi. Nieprawidłowo ocenia odległość. Posadzone zbyt wcześnie nie chce raczkować. Nie będę już wymieniać nawet wad postawy czy koślawienia stópek. Wiele artykułów na ten temat napisano. Rehabilitantka Niny (Nina miała lekko wzmożone napięcie mięśniowe) również całkowicie odradzała wsadzanie dziecka do chodzika. Wsadzając dziecko w to ustrojstwo sami ograniczamy mu bodźce potrzebne do rozwoju w tym kluczowym okresie. Zabawki i melodyjki przy chodzikach nie są bodźcem! To tylko dodatek, który ma nas skusić na dany model chodzika.
Moim dzieciom dałam wolność. Co nie znaczy, że uważam chodziki za więzienie :) Chodzi o to, że jedynym ograniczeniem ich poruszania się była (jeszcze jest:)) bramka zamykająca drogę do kuchni i jakieś poduchy np na tapczanie. Całą podłogę miały dla siebie. Mata edukacyjna, zabawki różnego rodzaju, koce, meble pomogły we wspinaniu i podnoszeniu. Owszem, gdy zaczęły same stawać na nóżki trzeba było bardziej uważać, mieć czasem refleks jak ninja gdy jedna się wywracała. Ale czy to jest powód by dziecko miało chodzik? Bym miała spokój? By było bezpieczniej? Wolę skakać jak ninja. Nauka chodzenia nie trwa wiecznie, u nas około trzy miesiące. Bez siniaków się nie obyło, to jasne. A stare przysłowe: "jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz" pasowało do moich dzieci jak ulał. Dziecko "chodzące" w chodziku porusza się migiem tam gdzie chce, nie musi się męczyć. Moim zdaniem lepiej dla dziecka, gdy się pomęczy, gdy musi unieść pupcię, odepchnąć się nóżkami, przypełzać do swojego celu, którym może być np. piłka starszego brata :) Dużo radości nam sprawiało obserwowanie tego jakie dzieci potrafią być uparte. Coraz bardziej samodzielne, chętne, ciekawe... Dzieci chodzików nie potrzebują do niczego. To tylko rodzice czasem myślą, że bez nich nie da się obyć. Zastąpmy chodziki pchaczami, jeździkami przy których dziecko ćwiczy faktyczne chodzenie. 



17 listopada 2014

Ach ta jesień...

Już minęły Zaduszki... Dzień Niepodległości też za nami. Dla mnie właśnie zakończyła się ta najlepsza część jesieni. Jesieni, której owoce możemy zbierać i cieszyć się nimi. Gdzie nie spojrzeć kolorowe liście... Trawa zmieniająca się w puchate witki... Nadal uparcie świecące między nimi słońce, las pachnący grzybami. Dzieci robiące korale z jarzębiny. Przygotowywanie przetworów. Mmm, gdyby się dało uchwycić aromat smażących się powideł. Kasztany... Dotykanie ich gładkiej skórki przywodzące wspomnienia z dzieciństwa. Piękny czas, a w tym roku wyjątkowo słoneczny i ciepły.W weekendy zwykle spacerowaliśmy po okolicach naszego przyszłego miejsca zamieszkania :) Mnóstwo grzybów, jeżyn i pięknych widoków... Teraz, gdy na drzewach już niemal nie ma liści, mgły spowijają okolice, dzieci zaczną wyczekiwać śniegu, a wieczór wita już około 16:00... Ech. Nie lubię tego okresu, ale za to poprzedza on piękny okres oczekiwania na Święta, który mną zawładnie po 6 grudnia :) Ale zostańmy chwile przy wczesnej jesieni:


Zapach smażonych powideł... mmm! Teraz naleśniki z nimi są przepyszne :)


Gabriel nawleka jarzębinę.


Spacery na wsi z całymi jej urokami. Nina przywitała się z krówką.


Zabawy na tle zmieniających kolor liści... Póki ziemia nie za zimna, cała trójca w piaskownicy i coraz częściej poza nią jak widać :)


Grzyby z lasu w pobliżu którego w przyszłości zamieszkamy :)


Pierwszy raz w życiu robiłam grzybki marynowane :)


Złote liście


Jeszcze odrobina ruchu na boisku :)